Creepypasta Wiki
Advertisement

Szłam nieznaną mi leśną ścieżką. Zaczęło się ściemniać. Szłam dalej, mimo iż kompletnie już nie orientowałam się gdzie tak naprawdę jestem. Las stawał się coraz bardziej gęsty i mroczny. Poczułam się zmęczona, więc postanowiłam usiąść i oprzeć się o pierwsze lepsze drzewo. Oddychałam ciężko. Nagle poczułam za sobą zimny powiew, jakby wiatru. Odwróciłam się i zobaczyłam zarys jakiejś budowli, która przypominała raczej dawno zapomniane, opuszczone ruiny, coś jakby zamku. Zmarszczyłam czoło. Natychmiast zapomiałam o zmęczeniu i postanowiłam, że pójdę w tamtą stronę. Droga była ciężka, las zdawał się stanowić trudną do pokonania przeszkodę. Im bliżej budowli się znajdowałam, tym bardziej było mi zimno, co jednak nie zniechęciło mnie do dalszej wędrówki. Dotarłam. Zapadła kompletna ciemność. Budowla teraz była ogromna. Rozejrzałam się wokół siebie, poczym obeszłam "zamek" dookoła. Następnie weszłam do środka. Telefon posłużył mi za latarkę. Odnalazłam wiele korytarzy, które to z kolei prowadziły do kolejnych, tajemnych przejść. Doszłam do jakiegoś pokoju na którego ścianach zauważyłam dziwne znaki i niezrozumiałe, lekko zamazane napisy. Nagle usłyszałam potworny ryk. Poczułam na sobie zimny oddech niewidzialnej bestii. Zaczęłam uciekać. Czułam, jak biło mi serce. W końcu zatrzymałam się i opanowałam. Zastanawiałam się, co to mogło być. Błądziłam dalej, rozglądając się po zamku. Usłyszałam warknięcie. Tym razem przestraszyłam się nie na żarty. Czułam na sobie czyjeś spojrzenie. Stałam jak wryta w ziemię, patrząc wokół siebie. Kolejne warknięcie. Moje oczy zapełniły się łzami, zaczęlam panicznie krzyczeć. To dziwne uczucie, jakie mnie wtedy objęło. To ohydne zimno a przy tym fala potu. Rozejrzałam się jeszcze raz i... zobaczyłam. Zobaczyłam te paskudne, prychające ogniem wściekłości, czerwone oczy. Nie mogłam patrzeć na nie dłużej niż kilka sekund. Zaczęłam biec jak tylko najszybciej mogłam, a to coś pędziło za mną, warcząc przy tym i szczekając. Nie był to zwykły głos przypadkowego kundla. Ponad to słyszałam jak to coś wlecze za sobą ciężki łańcuch. Odwróciłam się, dalej biegnąc. Zobaczyłam, ogromnego Czarnego Psa, z kudłatą sierścią, czerwonymi oczami i oderwanym ogromnym łańcuchem. Zaczęłam krzyczeć. Pies kłapnął zębami. 

Teraz skupiłam się na biegu. Ciężko było przed Nim uciekać. Korytarze zdawały się nie mieć końca. Skręciłam w ślepą uliczkę. Pies był coraz to bliżej. Oparłam się o ścianę i bezradnie patrzyłam, jak to bydle pędzi na mnie niczym tyran. Ledwo wszystko widziałam, łzy zasłaniały mi cały obraz. Nagle zwierze zaczęło ni z tąd, ni z owąd śmiać się ludzkim głosem i wykrzykiwać imiona moich rodziców. Skoczył. Otworzył szczękę, w której zobaczyłam przerażające kły. Nawet mnie nie dotknął, tylko rozpłynął się w powietrzu...

Po prostu, zniknął. Nie mogłam uwierzyć w to co przeżyłam. Nie mam pojęcia jakim cudem dotarłam do domu. Przez całą drogę o uszy obijał mi się ten złowieszczy, diabelski śmiech. Gdy wróciłam do domu, zastałam w nim zapłakanego ojca, pochylającego się nad ciałem martwej matki.

Po kilku dniach od tego dziwnego zdarzenia postanowiłam jeszcze raz wszystko przemyśleć. Była noc. Tata już spał. Ja myślałam, choć ciężko mi było myśleć o tym co się wtedy zdarzyło. Nagle spostrzegłam, że coś właśnie wychodzi spod mojego łóżka. Był to... Czarny Pies. Tym razem lekko skruszony, jakby chciał mnie przeprosić. Wytrzepał się jak po wyjściu z wody. Tata obudził się i przyszedł zobaczyć co wydaje te dźwięki. Czarny Pies uciekł i rozpłynął się w powietrzu. W miejscu, którym się wytrzepał była kałuża wody. Powiedziałam tacie o wszystkim, poczym poszliśmy razem poszukać Psa. Nazajutrz, mój tata już nie żył.

Advertisement