Creepypasta Wiki
Advertisement

                                                              Czas?[]

Ha ha! Myślałem że nigdy nie przejdę tego poziomu...- Powiedziałem

do kolegi rozmawiając z nim na Voice chat na Discordzie.

Było grubo po 4 nad ranem… Parę godzin temu ustaliłem że przesiedzę całą (tylko) dzisiejszą noc… W końcu są „Korona-ferie”.

W telewizji pojawił się komunikat ostrzegający po huraganie czy tam wichurze… Nie pamiętam, bo nie zwróciłem tak na to uwagi. Nagle ktoś zapukał do drzwi i powiedział grubym głosem „Puk, puk”. Powiedziałem koledze, że zaraz wrócę, bo dziwna sytuacja się zdarzyła. O 4 rano niespodziewany gość… Wstałem od komputera, żarówka trochę zaczęła migać, lecz po chwili się uspokoiła. Podszedłem do drzwi wejściowych w kuchni i spojrzałem przez wizjer… Stał tam mężczyzna w kapeluszu spuszczonym lekko z głowy na oczy… Odpowiedziałem po chwili „Kto tam?”… Zrobiło mi się ciemno przed oczami… Mężczyzna nie odpowiedział, po tym jak mi się zrobiło ciemno przed oczami nagle go już tam nie było. Musiałem usiąść i odpocząć… Przekraczałem próg oddzielający kuchnię od pokoju aż nagle wywaliło korki w moim mieszkaniu… Po namacalnemu dosięgnąłem latarki stojącej na moim biurku. Włączyłem Ją… Moje mieszkanie… cóż… Wyglądało jak starsza wersja mieszkania… O wiele starsza… Świecąc wręcz po kątach ze zdziwieniem patrzyłem na to, co właśnie się tu stało. Postanowiłem ewakuować się z mieszkania i włączyć te przeklęte korki… Chwilę się zastanawiałem, co to Mi takiego da, skoro prawdopodobnie właśnie wykonałem podróż w czasie…

Wyszedłem na korytarz z mieszkania… Wydawał się normalny… Taki jaki znałem dotychczas… Na drzwiach sąsiada była przyklejona policyjna taśma. Spróbowałem otworzyć klamką drzwi, otworzyły się ale coś od środka nie pozwalało na całkowite ich otwarcie… Stworzyła się jedynie większa szpara… W środku? Ciemność… poświeciłem latarką do środka, to co tam zobaczyłem, cofnęło Mnie do tyłu wprost na Moje drzwi które były niedomknięte i upadłem na kuchenne płytki, Przypomniało Mi się coś, poszedłem po Mój telefon do pokoju, był tam, szybka była popękana ale co tam, Telefony innych są w gorszym stanie. Chwyciłem go i włączyłem. Ałaa! Rzuciłem go szybko na podłogę bo poraził Mnie dość mocno prądem… Pożałowałem włączania go… sprawdziłem stan mojej ręki, na szczęście nie była aż tak poparzona… Z resztą Mojego ciała czułem że jest wszystko okej, Poszedłem do łazienki lekko schłodzić rękę i poszperałem aż w końcu znalazłem bandaż, założyłem go i postanowiłem wyjść na dobre z mieszkania… Chwyciłem klucze i po wyjściu na korytarz postanowiłem sprawdzić stan głównych drzwi wejściowych… Były zamknięte na klucz, poszukałem klucza pośród innych aż w końcu go poznałem lecz był cały zardzewiały i na dodatek złamany… Świetnie... - pomyślałem. Przecież nie wywalę ich z buta… Nie chcę ściągnąć uwagi lokatorów… O ile jacyś są. Wolałem tego nie sprawdzać… Poszedłem po schodach, Na 1 piętrze nic szczególnego… Parę puszek po jakichś energetykach… Pewnie ten hałaśliwy sąsiad… Myślałem że się wyprowadził Wtedy. Nagle coś wybiło szybę, dostałem ciarek, Podbiegłem do wybitej szyby, Słyszałem jeszcze szybkie bieganie lecz po chwili ucichło a na dworze nikogo nie było… Widok tego wszystkiego… kratery po wybuchach…

Porozwalane dachy… Straszny widok… sięgnąłem po kamień który wybił szybę, był owinięty papierem… Odkryłem papier a w środku był klucz, który poznałem. Klucz od strychu! - pomyślałem, i nagle mi się przypomniało – Włączyć korki, podszedłem do panelu i… na nim nie było nic… Niech to… - powiedziałem, i skierowałem się na strych, Tam… Przeleciał Mnie strach, szkielet… Siedział oparty o ścianę… Nagle koło Niego dostrzegłem telefon który nagle zadzwonił… Postanowiłem go chwycić, bo dlaczego nie… Podszedłem ignorując szkielet i chwilę przyglądnąłem się telefonowi… Zwykła klawiszowa Nokia… Odebrałem I po sekundzie odezwał się damski głos…

Oswald, Gdzie jesteś?… Po krótkiej rozmowie okazało się że dzwoniła żona znalezionego szkieletu… Znowu zrobiło Mi się ciemno przed oczami…

Przepraszam… słabo Mi… - powiedziałem do kobiety. Usiadłem na podłodze… Usłyszałem kroki z dołu, Nie miałem gdzie uciec… Na strych wszedł ten sam mężczyzna… Stanął przede mną, wyciągnął pistolet, wycelował,

Pora się obudzić – Powiedział mężczyzna

Halo, Gdzie?! - Odpowiedziałem i strzelił… Huk i te piszczenie w uszach którego tak nienawidzę…

Pisk przerywany dźwiękiem budzika…

Obudziłem się rano cały i zdrowy… z obolałą głową… Mój pokój wrócił do normalności a wszystko było na miejscu… Ptaki śpiewały, niebo, które było widać przez okno było piękne… Nagle sielankę przerwało głośne pukanie i ten sam gruby głos mówiący

PUK, PUK

Advertisement