Creepypasta Wiki
Advertisement

Witajcie!

Na wstępie chciałem wam życzyć miłych i ciekawych wakacji. Moje już są ciekawe o czym napiszę zaraz. Otóż zdarzyła mi się dość dziwna przygoda. Nie jest ona jakaś niesamowicie niezwykła ani straszna i pewnie w dużej mierze ją wyolbrzymiam, ale z mojej perspektywy można ją uznać za dość niepokojącą.

Otóż mój kolega zaprosił mnie na tydzień na wieś. Ma tam domek (należący właściwie do jego dziadków) i kawałek ziemi. Ze względu na jego prośbę nie podam nazwy wsi. Jedyne co powiem, to to, że jest niewielka miejscowość w województwie Podlaskim, parędziesiąt kilometrów od Białegostoku.

Na miejsce zajechaliśmy w poniedziałek i mieliśmy się cieszyć wakacjami i absolutną wolnością aż do soboty, gdy jego dziadkowie mieli przyjechać, a ja miałem wrócić do domu. Mieszkaliśmy w dwóch pokojach, a resztę zajmowały tak zwane "pustki". Obok domu stała kuchnia polowa, a trochę dalej stara, rozpadająca się stodoła używana jako duży składzik. Poza tym w okolicy rośnie las, w którym znajduje się stara, opuszczona szkoła, a po drugiej stronie rzeka i pola uprawne. 

Obaj z kolegą (będę go nazywał Tomkiem, choć nazywa się inaczej) jesteśmy fanami zjawisk paranormalnych, kosmitów, kryptyd, duchów itp. Mieliśmy jedzenie i picie na cały tydzień, bo najbliższy sklep jest kawał drogi od wioski. Szykowało się ciekawe pięć dni, bo mieliśmy ASG, książki, tablety i drona, czyli zdobycze technologii. Oczywiście domek nie jest jakąś starą chałupą. Ma dostęp do wody, telewizję i kanalizację, czyli da się przeżyć. Poza tym mieliśmy grilla i ognisko, a pogoda zapowiadała się całkiem znośna.

Pierwszego dnia rozpakowaliśmy się i trochę postrzelaliśmy, zjedliśmy obiad, pogadaliśmy o UFO i różnicami między statkami obcych i tak jakoś minął poniedziałek. 

Następnego dnia zdecydowaliśmy się poznać okolicę. Przeszliśmy całą wieś biegnącą wzdłuż drogi, poszliśmy nad rzekę i do lasu, jednak nie zagłębialiśmy się zbytnio, bo wszędzie leżały złamane drzewa, skutecznie uniemożliwiając nam dłuższą wycieczkę bez odpowiedniejszego stroju. Gdy wracaliśmy do domku na obiad, spotkaliśmy jednego z sąsiadów. Tomek go znał i postanowił mnie przedstawić. Po klasycznej, krótkiej rozmowie wstępnej zostaliśmy zaproszeni na obiad, z czego się w sumie cieszyliśmy, bo nie chciało mi się odpalać grilla i piec kiełbasek. Dom sąsiada był podobny do naszego, może troszkę większy na zewnątrz, ale tak zrobiony w środku, że jakoś nie czułem jego wielkości. Pan Jan i pani Maria okazali się być bardzo miłymi i uprzejmymi ludźmi. Obiad trwał dwie godziny, podczas których wypytywałem o całą okolicę. W pewnym momencie gospodarz powiedział, że w czwartek odbędzie się wieczorem ognisko z udziałem wszystkich mieszkańców wsi i zapytał, czy nie chcielibyśmy przyjść. Oczywiście się zgodziliśmy.

I w tym momencie zdarzyła się pierwsza, dziwna rzecz. Otóż po zupie musiałem skorzystać z toalety. Wstałem i podszedłem do dwóch drzwi znajdujących się w pokoju. Gospodarze natychmiast krzyknęli, że toaleta jest obok. Tak. Krzyknęli. Było to co najmniej dziwne, bo na ich twarzach pojawił się jakby strach. Pamiętam to dobrze, bo potem gadaliśmy o tym z Tomkiem, który też to zauważył. Później wyszliśmy i poszliśmy do domu. Była około 17, więc mieliśmy jeszcze sporo czasu do zmroku i postanowiliśmy zajrzeć do stodoły. Przy okazji dowiedziałem się wtedy ciekawej rzeczy, aczkolwiek nie wiem, czy jest ona w jakikolwiek sposób ważna. Otóż dom należał wcześniej do brata babci Tomka, który zginął w wypadku dwa lata wcześniej. Brat ten mieszkał tam całe życie, co było trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że babcia wraz z rodzicami wyjechali do miasta gdy miała ona 17 lat. Bratem najpierw opiekował się wujek, który zmarł na zawał.

Stodoła była sporym, drewnianym budynkiem zawalonym gratami. Na myszkowaniu tam upłynęły nam dwie, bite godziny. W pewnym momencie Tomek zawołał mnie i pokazał zamknięte drzwi. Nie były one oczywiście nowe i przez szpary można było zajrzeć do środka, jednak nijak nie dało się ich otworzyć. Uznaliśmy, że zajmiemy się tym później, bo chcieliśmy jeszcze przed zmierzchem udać się nad rzeczkę i poczekać na nietoperze, o których mi tyle Tomek opowiadał. Jak się okazało nie byliśmy jedynymi osobami nad strumykiem.

Poza nami była tam też dziewczyna w towarzystwie dwóch chłopaków. Wyglądała na jakieś 17-18 lat i była naprawdę piękna. Sprawiała dość niesamowite wrażenie, ubrana w białą sukienkę, stojąca nad wodą w ostatnich blaskach słońca w towarzystwie dwóch ubranych w ciemniejsze stroje chłopaków. W pierwszej chwili nas nie zauważyli. Staliśmy chwilę na brzegu, patrząc to na wodę, to na nią, gdy jeden z chłopaków wskazał na nas ręką, a drugi nachylił się do dziewczyny i złapał ją za rękę. Szybko się we trójkę oddalili. Potem z Tomkiem żartowaliśmy, że widocznie jesteśmy tacy straszni, że ludzie od nas uciekają. Nietoperze faktycznie były interesujące.

Następnego dnia zdecydowaliśmy się wybrać się do opuszczonej szkoły. Poszliśmy z prowiantem i w długich spodniach wzdłuż jednej z dróg przygotowani na dłuższy wypad. Pogoda była naprawdę ładna i nic nie zapowiadało ewentualnej zmiany. Szkoła okazała się być starą, niszczejącą powoli ruiną kojarzącą się z horrorami. Widać było, że to dość popularne miejsce, bo z tyłu, za budynkiem stała kanapa i widać było ślady ogniska. Zaczęliśmy zwiedzanie od drugiego piętra, jednak muszę przyznać, że nie obejrzeliśmy tego miejsca zbyt dobrze, bo podłoga sprawiała nędzne wrażenie, potęgowane jeszcze przez nadpalone ściany i graffiti nawiązujące do zapewne Stalkera. Na pierwszym piętrze obejrzeliśmy stare pokoje nauczycieli i wychowawców oraz łazienki i kuchnię. Ciężko było rozpoznać co do czego służyło i poszliśmy na parter, który był w najlepszym stanie, chociaż prawdę mówiąc nie miało co tam ucierpieć. No i została jeszcze piwnica. Mieliśmy dość wysokie buty, jednak szybko się okazało, że chodząc tamtędy ryzykuje się zalaniem skarpet. Nie wchodziliśmy wszędzie, bo przyznaję, mieliśmy pietra i nie bardzo uśmiechało nam się ewentualnie zabłądzić gdzieś pod ziemią. Jednak coś mnie zdziwiło. Otóż w piwnicy znajdowała się jakby zakratowana studnia. Światło latarki nie pokazywało dna, a jedynie szlam, który tam się znajdował. Poza tym w pokoju obok ze ściany wystawało pięć dziwnie przymocowanych obręczy. Poczuliśmy się na tyle nieswojo, że czym prędzej wyszliśmy stamtąd i poszliśmy dalej. W lesie zjedliśmy kanapki, trochę pobiegaliśmy, pogadaliśmy o wszystkim i o niczym, aż w końcu dyskusja przeszła na tor dziewczyny widzianej wcześniej nad rzeką. Obaj zauważyliśmy, że była niezwykle piękna, a zachowanie jej i tych chłopaków było co najmniej dziwne. Szczególnie, że, jak zauważył Tomek, który ma ode mnie lepszy wzrok, wyglądało to trochę, jakby oni tę dziewczynę prawie że pociągnęli i zmusili do pójścia z nimi. Potem dyskusja zeszła na inny tor. Do domu wróciliśmy na 18. Zjedliśmy obiadokolację i poszli zobaczyć co też może znajdować się na strychu. Miejsce to wyglądało tak, jak powinien wyglądać stary strych zdaniem filmowców, to znaczy brudny i zabałaganiony. Jednak znaleźliśmy tam kupę ciekawych rzeczy, takich jak na przykład kaski motocyklowe, stary łuk, sanki. Gdy już mieliśmy iść oglądać jakiś horror klasy Ż, moją uwagę przykuł stary album. Niewiele myśląc podniosłem go i zaniosłem na dół. Jednak moją głowę szybko zaprzątnęły latające rekiny i loty kosmiczne z piłą mechaniczną. 

Tej nocy myślałem dużo o dziwnych drzwiach w stodole i starym albumie. Zdecydowałem się jednak otworzyć go dopiero przy Tomku, w końcu to o jego rodzinę chodziło.

Rano okazało się, że pada. Zdecydowaliśmy się nigdzie nie wychodzić, posiedzieć w domu i dopiero później pójść na ewentualne ognisko. W pewnym momencie wpadłem na pomysł, by zajrzeć do albumu. Tomek się zgodził i zaczęliśmy odkrywać karty przeszłości. Ogólnie większość zdjęć była dość standardowa, czyli ukazywała ludzi w różnych sytuacjach. Było też kilka nowszych, przedstawiających szkołę za czasów jej świetności. Jedno zdjęcie mnie z nieznanych przyczyn zaniepokoiło. Przedstawiało ono młodą dziewczynę o dużych, pięknych oczach. Ogólnie piękną. Zdjęcie nie ukazywało jej całej, a jedynie jej głowę i część tułowia. Dziwiło to, że nie widać było ubrania, choć zdjęcie sięgało dość nisko, jednak nie na tyle, by ukazywać cokolwiek nieprzyzwoitego. Jednak dziwniejsze było tło. Otóż za dziewczyną widać było ścianę pokrytą zaciekami i zwisający łańcuch. Spojrzeliśmy jej w oczy i to, co wzięliśmy z początku za zaskoczenie okazało się być strachem. Próbowaliśmy to sobie wytłumaczyć, lecz jakoś nie mogliśmy. Wszystkie wyjaśnienia i teorie były jakieś blade i nieskładne. Postanowiliśmy o tym zapomnieć.

Po południu poszliśmy na ognisko, bo przestało padać. Poznaliśmy tam kilka osób i zauważyliśmy dwóch chłopaków znad rzeczki. Pomimo naszych starań, nie udało się nam z nimi porozmawiać. Impreza była ciekawa. Jednym z fajniejszych jej elementów były gry i zabawy oraz opowieści starszych mieszkańców wsi. Tomek wygrał zawody w biegu z jajkiem na łyżce, a mi udało się najdłużej utrzymywać miotłę na jednym palcu, co wywołało zachwyt, szczególnie miły, u żeńskiej części kibiców. Co ciekawe nigdzie nie zauważyłem dziewczyny z łąki nad rzeką. Jeśli chodzi o opowieści, to najbardziej zapadła mi w pamięć ta o oficerze i dziewczynie, a brzmiała ona mniej więcej tak: 

"Przed jeszcze wojną w wiosce mieszkała ładna dziewczyna. Każdy kawaler zabiegał o jej względy, lecz ona kochała mundur i w końcu spotkała swego wybranka. Był nim młody oficer, co mieszkał nie daleko. Nie był zbyt lubiany, ale miłość ma swoje prawa. No więc dziewczyna zakochała się w nim po swe "piękne uszka" (dokładnie tak powiedział dziadek opowiadający historię). No i oni się spotykali, ponoć ślub planowali. Jednak jak to zwykle bywa, wojna jest okrutna i przerwała ich sielankę. Oficer przepadł na wojnie, a dziewczyna nie chciała wyjść za mąż. Tak się złożyło, że pewien oficer radziecki trafił do wsi wraz z oddziałem. No i spodobała mu się ta dziewczyna. Pewnego dnia nieoczekiwanie przyszedł list od Polskiego oficera, że ten wraca po niewoli do kraju. No i ta dziewczyna wyszła mu na spotkanie. Ale Rosjanin nie chciał popuścić takiej okazji. I jak dziewczyna i oficer się spotkali, to naraz wyskoczyło czterech sowietów i mówią, że aresztują i do łagru poślą jak panienka się przed nimi nie rozbierze. I wtedy ten oficer, co to miał jej być wierny do końca czmychnął, a ona została na pastwę radzieckich żołnierzy. Ponoć do dziś jej zmaltretowana i zhańbiona dusza szuka młodych kobiet, które też wyczekują na powrót kochanka. Ponoć czasem nocą można usłyszeć jej błagania, którymi to zaklinała bezlitosnych czerwonoarmiejców w pechową noc ostatniego piątku czerwca"

Impreza skończyła się grubo po północy i gdy wracaliśmy z Tomkiem do domu muszę przyznać, że obaj mieliśmy duszę na ramieniu. Potem jeszcze chwilę pogadaliśmy i gdy zasypiałem zdawało mi się, że faktycznie słyszę ciche zawodzenie.

W piątek rano wyszedłem z domu pierwszy i poszedłem w stronę stodoły, do wychodka (choć raz podczas wyjazdu trzeba spróbować). Gdy wchodziłem stodoła była zamknięta (nie na klucz, bo kto by zamykał stertę śmieci). Jednak jak wyszedłem zauważyłem, że drzwi są uchylone. Poszedłem do środka wiedziony ciekawością, ale nikogo w środku nie znalazłem. Uznałem, że musiało mi się wydawać.

Dzień upłynął nam na radosnym spędzaniu czasu, czyli na strzelaniu i lataniu dronem. Wieczorem opowiedziałem o porannej "przygodzie" Tomkowi, ale z perspektywy czasu wydała się ona dość śmieszna. Wieczorem obejrzeliśmy film i gadaliśmy do późna, gdy nagle zauważyłem światło latarki. Wyszliśmy z Tomkiem (i oczywiście z karabinem) przed dom. Obeszliśmy go, ale nikogo nie zauważyliśmy, więc poszliśmy spać.

Ostatniego dnia rano jeszcze trochę sobie postrzelaliśmy, gdy przypomniałem sobie, o drzwiach w stodole. Rodzice mieli po mnie przyjechać za pół godziny, więc Tomek wziął siekierę, a ja śrubokręt i poszliśmy do stodoły. Drzwi były zamknięte, ale dookoła zamka widać było kilka świeżych dziabnięć i rys (skojarzyły mi się z sytuacją, gdy przez złe oświetlenie nie można trafić w dziurkę od klucza). Także sam w sobie zamek wydawał się być lekko oskrobany z rdzy. Najpierw ja spróbowałem wykręcić zawiasy, ale gdy to się nie udało mój drogi kolega rąbnął z całej siły siekierą w drzwi. Jednak te okazały się nadzwyczaj mocne. Zmachaliśmy się, przy rozbijaniu ich, ale w końcu udało nam się zajrzeć do środka. W świetle latarek zobaczyliśmy najpierw ścianę pokrytą zaciekami, a potem leżący na podłodze łańcuch zakończony okrągłą obejmą. Nowy, błyszczący łańcuch.

Historia nie jest jakaś niesamowicie straszna i oczywiście nie wszystko co tu napisałem jest powiązane, ale uznałem, że wszystko może się przydać. Wiem, że może być troczę nieskładnie napisana, ale była spisana zaraz po wydarzeniach i w dodatku na tablecie, więc proszę o wyrozumiałość. Jeśli ktoś ma jakieś teorie, proszę pisać w komentarzach. Postaram się też odpowiedzieć na wasze pytania.


Chudy Pan

Advertisement