Creepypasta Wiki
Advertisement

Możecie mi wierzyć lub nie, ale jest to historia prawdziwa.

To wydarzyło się w październiku, kilka lat temu. Uczyłam się wówczas w gimnazjum, wyjechaliśmy na wycieczkę w Góry Stołowe razem z klasą równoległą. Nasz ośrodek, jak to typowy ośrodek dla gimnazjalistów, nie był jakiś specjalny. Ot, prosta, drewniana chata z odpowiednim ociepleniem, żeby nie zamarznąć w nocy. Otoczenie także się niczym specjalnie nie wyróżniało: z jednej strony pole, z drugiej las, a gdzieś w tle skały. Typowy krajobraz tamtych regionów.

Drugiego dnia wycieczki jeden z opiekunów zaoferował nam nocne podchody, a jako że dla gimnazjum nie ma lepszej rozrywki niż siedzenie do późna (no dobra, jest kilka innych, ale tych najciekawszych nauczyciel by nam nie zaoferował) zgodziliśmy się na to z chęcią. W losowaniu poszczęściło się mojej klasie – to my mieliśmy być grupą „uciekającą”.

Podczas samych podchodów nie działo się nic szczególnego. Łaziliśmy głównie po lesie, zostawialiśmy wskazówki i, nie powiem, mieliśmy z tego całkiem niezłą frajdę. Naturalnie zdarzały się sytuacje, gdy ktoś zaczynał niepotrzebnie panikować. Dziewczyny kilkakrotnie piszczały z powodu jakiegoś cierpiącego na bezsenność pająka, a kilka innych osób zarzekało się, że słyszało jakieś kroki w oddali. Większość śmiała się jednak z naszej nocnej eskapady i nie wierzyła podobnym historyjkom.

Przez większość gry szczęście nam sprzyjało. Chociaż klasa równoległa dzielnie radziła sobie ze wskazówkami (słyszeliśmy to, w nocy głos lepiej się niesie), my zawsze pozostawaliśmy w odpowiedniej odległości od nich i byliśmy już pewni swojego zwycięstwa, gdy nagle jakiś chłopak nas zauważył. Oczywiście, zaraz poinformował o tym resztę swojej klasy, a my rzuciliśmy byle gdzie ostatnią wskazówkę i puściliśmy się biegiem do dworku.

Kiedy już się tam znaleźliśmy, jedna z moich koleżanek zauważyła, że nie ma telefonu. Nie był to sprzęt tani, więc zdenerwowana zaczęła upierać się, żebyśmy zadzwonili na jej numer i dowiedzieli się, czy nie udało im się go znaleźć. Dosyć niechętnie, ale przystaliśmy na jej propozycję i wybraliśmy odpowiednią pozycję z listy kontaktów. Na odebranie połączenia nie musieliśmy czekać długo, już po dwóch sygnałach w słuchawce rozległ się szum wiatru. Osoba dzwoniąca włączyła tryb głośnomówiący, a dziewczyna odetchnęła z ulgą. Zaraz jednak zadowolenie zniknęło z jej twarzy – po drugiej stronie nikt się nie odzywał.

— Halo? Jest tam kto? – zapytała, ale nie doczekała się odpowiedzi. Po chwili z telefonu dobiegł ciężki oddech, a potem dość niewyraźne mamrotanie. Potem połączenie urwało się. Zmarszczyliśmy brwi, nie wiedząc, co o tym myśleć.

— Pewnie są wkurzeni, że przegrywają i robią sobie głupie żarty – stwierdził ktoś. – Kiedy wrócą, zapytamy ich o to.

Po jakimś czasie i po wielu dodatkowych podpowiedziach z naszej strony, ekipie „szukającej” udało się nas nakryć. Zanim zarządzono nam ciszę nocną, zdążyliśmy jeszcze trochę z nimi porozmawiać i jednym z pierwszych pytań, jakie padły z naszej strony, była prośba oddania telefonu naszej koleżance. Klasa zbaraniała.

— Jakiego telefonu?

— Przecież go znaleźliście, nie udawajcie, że nie – zaczęliśmy się wykłócać. – Robiliście nam przecież żarty.

— Nie było niczego takiego, naprawdę.

Nic z tego nie rozumieliśmy. O pomoc poprosiliśmy opiekunów, przy nich klasa równoległa jeszcze raz powtórzyła, że żadnego telefonu nie widzieli. Dopiero wtedy jeden z nauczycieli postanowił wybrać się na poszukiwania zaginionego iPhone’a. My natomiast otrzymaliśmy polecenie, żeby iść spać.

Następnego ranka nasza koleżanka odzyskała telefon. Znajdował się na drodze, którą biegliśmy do ośrodka. Działał i nie nosił prawie żadnych śladów zniszczenia. Prawie, bo na ekranie, w miejscu, gdzie przy połączeniu wyświetla się symbol odbierania, widniała dziwna, podłużna rysa. Do dzisiaj nie wiemy, kto wtedy odebrał ten telefon.


Autor: Nakamayabi

Advertisement