Creepypasta Wiki
Advertisement

Mam na imię Ania i kiedy to się wydarzyło miałam 15 lat. Mam starszego o 3 lata brata Krzysztofa i mamę Monikę, która rozwiodła się z moim tatą Wojciechem kiedy miałam 3 lata i pozostają w separacji. Mama mówi, że ich związek nie miał przyszłości, a Wojciech nie nadawał się na ojca. Obecnie jest architektą i dobrze zarabia, w przeciwieństwie do taty, którego ledwo stać, aby zapłacić za mieszkanie. Z Krzyśkiem mieszkamy w sporym mieszkaniu w starym bloku na Śródmieściu i właśnie tam zaczyna się moja historia...

Był koniec listopada, zimno jak diabli. Wiał straszny wiatr, a słońce ledwo było widać zza chmur. Paskudna pogoda krótko mówiąc, nawet jak na listopad. Mama wyjechała służbowo z Warszawy, miała wrócić za dwa dni. Krzysiek zaś świętował osiemnastkę na imprezie z kolegami kilka przecznic dalej. Zostałam sama na noc w domu. Dla mnie to normalne, choć wtedy zdarzało to się rzadziej niż zwykle i zdążyłam się odzwyczaić. No ale w końcu nie mam 8 lat. Krzysiek wyszedł około 17:00 i zostałam sama, z zamiarem wcinania słodyczy i oglądania YouTube'a, tudzież jakiegoś filmu albo serialu z Netflixa. Krzysiek miał wrócić najwcześniej o 01:00 w nocy, więc miałam dużo czasu, a jestem nocnym Markiem. Szybko zorientowałam się, że w domu zostały tylko rzeczy na jutrzejszy obiad, wędlina, chleb i jakiś jogurt w lodówce. Przypomniałam sobie, że mama mówiła, że dawno nie robiła zakupów i w razie czego mam pójść do sklepu coś sobie kupić. Naprzeciwko naszego bloku, po drugiej stronie ulicy, jest mały spożywczak. Nie zwlekając poszłam tam kupić jakieś chipsy. Na ulicy był wyjąkowo mały ruch, w ogóle jakoś pusto. Sprzedawca w sklepie też jakby zaspany, nie wiedziałam o co chodzi, lecz wtedy nie zastanawiałam się nad tym zbytnio. Idąc w obie strony miałam dziwne wrażenie bycia obserwowaną, lecz zignorowałam to - uznałam, że mi się wydaje. Kupiłam parę paczek chipsów i trochę gum do żucia. I chyba jeszcze jakiś popcorn, ale nie pamiętam. Figury to ja nie mam jak tygrysica, bardziej jak kaszalot. Przepraszam za dziwne porównanie. Zamknęłam się na wszystkie zamki i podjadając chipsy siadłam do wybierania filmu. Długo nie mogłam się zdecydować. W końcu zdecydowałam, że po prostu posiedzę na YouTubie. Na dworze było już zupełnie ciemno, było coś w okolicach 19:30. I wtedy to się stało - zadzwonił telefon. Nieznany numer. Nie odbieram nieznanych numerów, więc zrzuciłam połączenie. Myślałam, że to jakaś reklama albo ktoś zadzwonił przez pomyłkę. Po 10 minutach znowu telefon, ten sam numer. Odrzuciłam połączenie. Powtórzyło się to jeszcze dwa razy. Za trzecim nie wytrzymałam - odebrałam. Na pytanie "Słucham?" głos młodego mężczyzny odpowiedział mi: "Twoja pizza czeka pod drzwiami." Rzecz w tym, że nie zamawiałam żadnej pizzy. Powiedziałam, że to pomyłka i rozłączyłam się. Jednak ciekawość zwyciężyła - wyjrzałam przez wizjer, nie mogłam się powstrzymać. Początkowo niczego nie zobaczyłam, lecz gdy odchodziłam od drzwi usłyszałam dziwny hałas na klatce schodowej, jakby ktoś walił czymś ciężkim w poręcz. Znowu wyjrzałam. Znowu nic. Zaczynałam mieć tego dość - wróciłam do salonu i znowu odpaliłam YouTube'a. Jednak myśl o tym dziwnym telefonie nie dawała mi spokoju. I wtedy mnie olśniło - to Krzysiek z kolegami robią sobie ze mnie żarty! Chcą mnie przestraszyć - tak przynamniej myślałam. Od razu odzyskałam pewność siebie. Gdy telefon znowu zadzwonił, odebrałam od razu i krzyknęłam do słuchawki: "I co, Krzysiek, do śmiechu ci teraz!?" Myślałam, że usłyszę śmiechy, lecz jedyne co usłyszałam to parosekundowa cisza. Następnie ten sam głos co wcześniej powiedział zmienionym tonem: "Dlaczego nie chcesz otworzyć? Pizza czeka." Nim zdążyłam odpowiedzieć, rozłączył się. Zdałam sobie sprawę, że ten głos owszem brzmi młodo, ale raczej nie jest to głos 18-latka. Byłam naprawdę zaniepokojona. Nie wiedziałam, co robić - dzwonić do kogoś? Do mamy, do brata? Może na policję? Lecz wtedy z jakiegoś powodu pomyślałam, że to idiotyzm - boję się jakiegoś typa, który ewidentnie prankuje mnie dzwoniąc i udając stalkera. A może to jednak jest któryś z kolegów Krzyśka? Odzyskałam pewność siebie. Postanowiłam wyjrzeć na klatkę schodową i zakończyć to wariactwo. Lecz gdy podchodziłam do drzwi, ktoś zapukał. Wyjrzałam szybko przez wizjer - nikogo nie było. Postanowiłam zadzwonić do brata i powiedzieć mu o tym, nawet gdyby miał mnie wyśmiać. Oczywiście nie odebrał, pewnie nie usłyszał dzwonka albo zostawił gdzieś telefon, co wcześniej często mu się zdarzało. Zrobiło się naprawdę nieswojo. Upewniłam się, że okna i balkon są dobrze zamknięte, zasłoniłem rolety. Przez chwilę wyglądało na to, że sytuacja się uspokoi i zakończą się dziwne telefony. Już zaczęłam się uspokajać, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Nie wytrzymałem - postanowiłam wezwać policję. Lecz kiedy brałam do ręki telefon, ten numer znów zadzwonił. Chciałam odrzucić połączenie, lecz coś mnie podkusiło, żeby odebrać. Tym razem jednak zabezpieczyłam się - włączyłam nagrywanie ekranu, aby wszystko było udokumentowane. Nie zdążyłam nawet powiedzieć "Słucham" - mężczyzna wydarł się do słuchawki, krzycząc coś w stylu:

"Mam dość tej całej gry w kotka i myszkę! Słuchaj uważnie, co ci powiem, s*ko, albo ty i ten twój brat blondas skończycie martwi! Rozumiemy się, Ania?"

Byłam absolutnie przerażona. Odebrało mi mowę. Zwróciłam tylko uwagę, że ten głos był zupełnie inny niż poprzedni - dużo niższy, brzmiał na kogoś starszego. Nie mogąc nic powiedzieć, słuchałam dalej. Kontynuował już spokojniej:

"Przy drzwiach leży opakowanie od pizzy. Otwórz natychmiast i je zabierz, albo pożegnasz się z tym światem. Ja nie żartuję! Masz 30 sekund. Lepiej się pospiesz, dziewczynko, i nawet nie myśl o wzywaniu policji - uwierz mi, są rzeczy o wiele gorsze od śmierci."

I rozłączył się. Niewiele myśląc, pobiegłam najszybciej jak mogłam pod drzwi i, modląc się w duchu, otworzyłam. Na klatce... nikogo nie było. Żywej duszy. Tylko opakowanie od pizzy leżało pod drzwiami, na wycieraczce. Chwyciłam je i zamknęłam drzwi z trzaskiem. Od razu zamknęłam na wszystkie zamki i, wyczerpana psychicznie i fizycznie, wróciłam z pizzą do salonu. Osunęłam się na kanapę i jeszcze dłuższą chwilę leżałam tylko, oddychając głęboko. Gdy w końcu zapanowałam na oddechem, niepewnie otworzyłam opakowanie. Wydawało się nowe, jakby dopiero co wyszło z fabryki, niczym nie pobrudzone. Otwieranie go było w sumie dość głupie, kiedy teraz o tym myślę, lecz w stresie człowiek nie myśli logicznie.

W opakowaniu nie było pizzy. Był tam tylko telefon, stary, klawiszowy. Od razu wezwałam policję, zadzwoniłam potem po brata i do mamy, aby powiedzieć im o całej sytuacji. Krzysiek wrócił najszybciej, już po 10 minutach od mojego telefonu zadzwonił do drzwi. Starannie upewniłam się, że to on, zanim go wpuściłam. Nieco później przyjechała policja, zabezpieczyła mieszkanie i zabrała dowody do analizy chemicznej. Mama wróciła nad ranem, nawet tata przykachał aby mnie pocieszyć. Choć z mamą patrzyli na siebie wilkiem, każdy rozumiał, dlaczego tam jest. Bardzo mi pomógł przejść przez ten koszmar - dochodzenie, przesłuchania, policja pilnująca domu, kolejne przesłuchania i tak przez następnych kilka miesięcy. Ledwo wytrzymałam to psychicznie, gdyby nie rodzina kompletnie nie dałabym rady.

Policja niewiele ustaliła. Okazało się, że telefon z opakowania od pizzy to ten sam, z którego prześladowcy do mnie dzwonili. Jakimś cudem. Było ich przynajmniej dwóch, to nawet ja mogłabym stwierdzić. Niestety, po samym głosie policja nie zdołała ich zidentyfikować. Zwłaszcza, że nagrałam głos tylko jednego. Na znalezionym telefonie było niewiele - w historii połączeń było tylko te kilka telefonów do mnie. Telefon nie był połączony z siecią, nie było żadnych zdjęć w galerii - wyglądał jak nowo kupiony. Tyle że no właśnie - było jednak jedno zdjęcie w galerii. Bez daty wykonania, było to zdjęcie... mojej mamy. To jest właśnie w tym wszystkim najbardziej przerażające. Rozpikselowane zdjęcie mojej mamy w jakiejś restauracji, wyglądające jakby było zrobione z ukrycia. Mama powiedziała, że była w tej restauracji około 15:00 w dzień tych zdarzeń, a zatrzymała się wówczas w Lublinie, więc nie ma pojęcia jak to możliwe, żeby ten telefon w kilka godzin znalazł się w Warszawie. Po jakimś czasie policja ustaliła, że ten telefon to w rzeczywistości... stary telefon mojego taty, którego zaginięcie zgłosił pół roku wcześniej i którego nigdy nie znalazł. Operator sieci mówi, że moi prześladowcy muszą być jakimiś "hakerami na wyższym poziomie," bo po zgłoszeniu zaginięcia telefon odłączono od sieci i nie zarejestrowano z niego żadnych połączeń. Co ciekawe, operatorowi sieci nie udało się go namierzyć, lecz wówczas uznał, że to po prostu jakiś błąd systemu. Oczywiście ani na opakowaniu od pizzy, ani na telefonie nie było żadnych odcisków palców i teraz, po ponad dwóch latach od tego zdarzenia, sprawcy wciąż pozostają nieznani.

Jak dotąd z niewieloma osobami podzieliłam się tym traumatycznym przeżyciem. Policja prosiła, abym zachowała dyskrecję, dlatego podaję niewiele szczegółów - część imion też niestety zmieniłam, ale musicie mnie zrozumieć. Mam nadzieję, że moja historia da wam do myślenia i przypomni, że nigdy nie należy ufać obcym. Nie chce brzmieć jak moja wychowawczyni z 5 klasy, ale chciałam, żeby moja historia miała jakieś przesłanie. Czasem nie tylko bajki mają morał, a to z pewnością nie jest bajka. Do dziś w pełni się z tego nie otrząsnęliśmy i życie żadnego z nas już nigdy nie będzie takie samo, lecz taką cenę płaci się za chore gierki jakichś psychopatów, których niestety na tym świecie wiele.

Advertisement