Creepypasta Wiki
Advertisement

Gdy ktoś zaatakował naszą miejscówkę, ja, Dimitri, Sasha i reszta naszej ekipy pojechaliśmy sprawdzić co tam pozostało.

Gdy otworzyliśmy drzwi od naszej "nory" — tam rozprowadzaliśmy narkotyki po mieście — byliśmy zdruzgotani. Sasha na miejscu zwymiotował, ja i Dim wchodziliśmy coraz głębiej. Stąpaliśmy pośród martwych ciał naszych kolegów. Poderżnięte gardła, porozbijane kijami baseball'owymi głowy, z których wypłynęły już kawałki mógzu. Nigdy nie widzieliśmy tak brutalnie potraktowanych ciał. Gdy weszliśmy do łazienki, zobaczyliśmy ciało. "Tego nie mógł zrobić człowiek" powiedzieliśmy. Jego nogi były połamane, kolana wygięte w przeciwną stronę, tułów — jeśli można to tak nazwać — był rozcięty, a flaki wyciągnięte na wierzch. Biedak miał głowę zmiażdżoną przez cegłę... w jego dłoni była pognieciona kartka z notatnika. Oto jej treść:

"Szef będzie zadowolony, dzisiaj (27 listopad 1989) sprzedaliśmy w całym mieście 74 kilogramy kokainy, 90 kilogramów trawy, 53 pastylki LSD oraz 230 kapsułek naszego nowego specyfiku. Pięniądze ukryliśmy u "Giermka". Jutro powinniśmy je dostarczyć...

[zamazany fragment poplamiony krwią]

Tę wiadomość piszę dla niedobitków lub tych, którzy mogą przekazać to dalej... Około godziny 18:20 podjechał pod "norę" niespotykany samochód. De Lorean. Każdy myślał, że to zwyczajny klient, jak każdy... O Boże mój... Jak bardzo się myliliśmy. Wyszedł z niego jakiś wysoki koleś, nie widziałem jak wygląda, na głowie miał maskę sowy. Od razu wyruszył w kierunku drzwi. Wyważył je szybkim kopnięciem, dwóch strażników pozbawił życia gołymi pięściami. Widziałem jak powalił ostatniego i bił jego głową o podłogę, dopóki nie wylał się z niej mózg. Chwycił drewnianą pałkę i wyruszył dalej... Nie widziałem nic więcej, ale słyszałem krzyki innych, nikt nie wiedział po co przybył, jednak jestem pewien, że to ma związek z ostatnimi ruchami patriotycznymi w Miami, przeciwko nam — Rosjanom. Muszę się streszczać, pewnie zaraz sprawdzi łazienkę... On nie przyszedł tutaj po pieniądze, ani po narkotyki... On jest po prostu zwierzęciem."

[oberwany fragment]

Wymieniliśmy spojrzenia z chłopakami, od razu zdecydowaliśmy się zadzwonić do szefa. Był wściekły. Gdyby nie to, że pieniądze były bezpieczne, pewnie wydałby nas na śmierć.

Kilka dni później, już w grudniu, otrzymaliśmy wiadomość o kolejnym ataku. To samo — pieniądze nie zginęły, narkotyki na miejscu, każdy w budynku był brutalnie zamordowany "J***ni patrioci! Kto to ku**a jest?!" wywrzeszczałem na cały pokój. Wziąłem Dimiego, dwie strzelby, trochę pestek do niej i wsiedliśmy do samochodu.

— Dokąd chcesz jechać? — zapytał Dimitri.

— Będziemy czekać na 21st. To pewnie będzie kolejny jego cel. Jeśli zabijemy tego sk*****a, to szef nas uczyni bohaterami! — odpowiedziałem podekscytowany.

— Czarno to widzę... Gdybym nie był twoim przyjacielem, dawno bym cię wyśmiał.

— Ach... Pie*dol się! Siedź cicho i obserwuj otoczenie...

— Dobra, nie wściekaj się!

Przez następne 2-3 godziny nic się nie działo... Straciłem poczucie czasu. Radio było włączone, cicho. Dimitri chyba zasnął, nie ruszał się dość długo, co jakieś 5 minut poruszał tylko nogą. O godzinie 2:31 przejechał przez skrzyżowanie samochód i zatrzymał się pod naszą dziuplą. Wysiadł z niej wysoki mężczyzna. Na sobie miał tenisówki, niebieskie jeansy, biało-brązową kurtkę baseballisty, a na głowie... maskę. Tym razem to był jakiś tygrys... Może lew... Pantera? Nie ważne... Obudziłem Dimiego i wyszliśmy w kierunku budynku. Od razu po wejściu zobaczyliśmy rozlaną krew i 2 ciała. Nie widziałem, żeby nasz "król dżungli" wziął jakąś broń ze sobą, głowy były obite pięściami... Pie*dolony psychol. Zmierzyliśmy w kierunku schodów. Światło zgasło. Dimitri złapał mnie za ramię i powiedział:

— Wiesz... Byłeś moim najlepszym przyjacielem. Jeżeli mamy teraz zginąć, to zróbmy to jak mężczyźni.

Po czym od razu wbiegł po schodach. Kazałem mu stać, jednak się nie posłuchał. Usłyszałem tylko dźwięk jego upadającej strzelby i łamanej czaszki. Bez zastanowienia wbiegłem do pokoju... Obudziłem się 4-5 godzin później. Miałem twarz obitą jakby mnie coś potrąciło. Jako jedyny przetrwałem. Słyszałem syreny policyjne, od razu wybiegłem z budynku do mojego samochodu i spie*doliłem stamtąd. Zatrzymałem się w pobliskiej pizzeri. Przysiadłem się do jakiegoś blondyna i zacząłem rozmawiać.

— Słyszałeś o masakrze z ruskimi? — Zapytałem.

— Tak, zabijają ich ludzie w gumowych maskach. Heh, zupełnie jak w tych kiczowatych horrorach, co?

— Taa...

— Ludzie różnie go nazywają...

— Na przykład?

— "Mściciel", "Kierowca", "Wewnętrzny zwierzak".

— Hm, ja go nazywam "Popie*dolony morderca"

— [Westchnienie]

Podszedł barman do tego blondaska, podał mu pizze i powiedział: "Nie musisz płacić, jesteśmy przyjaciółmi, to na koszt firmy".

Wychodząc... Ktoś się na mnie rzucił. Oberwałem w twarz... Krztusiłem się krwią, zęby mi wyleciały.

Nie wiedziałem, że tak będzie wyglądał mój koniec... Odejście z tego świata wcale nie jest takie straszne na jakie brzmi...

Advertisement