Creepypasta Wiki
Advertisement

Siedziałem przy starym biurku, patrząc na monitor. Praca strażnika nocnego była wyjątkowo nudna. W całym supermrkecie nikogo nie było, a panująca tu cisza mogła doprowadzić do szaleństwa. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pracowałem za minimalną krajową. Szczyt marzeń, no nie? Normalnie korzystał bym z dobrodziejstw Internetu, ale router się zepsuł, więc musiałem tu siedzieć nic nie robiąc jeszcze przez trzy godziny. Ziewnąłem przeciągle, po czym rzuciłem okiem na wschodnie wejście. Ktoś otworzył drzwi robiąc przy tym mnóstwo bałaganu. Nareszcie coś się dzieje - pomyślałem, biorąc do ręki kajdanki, latarkę oraz paralizator. Wyszedłem z biura, żeby znaleść tego włamywacza. Niby mógłbym użyć kamer, ale po kilku godzinach siedzenia w niewygodnym fotelu chciłem się przejść. Poza tym, to nie było trudne zadanie. Ten ktoś zostawiał za sobą wyraźne ślady błota. Powinien bardziej uważać. Znalazłem go w dziale z ubraniami, wybierał sobie właśnie bluzę. Był to siedemnastoletni chłopak z burzą brązowych włosów na głowie. Biedak, nie miał pojęcia o mojej obecności. Podszedłem do niego cicho, po czym chwiciłem go za ramię.

- Masz wielkie kłopoty, młody człowieku. - Odwrócił się przestraszony. - Ach, to tylko ty - powiedział z uśmiechem.

- Próbujesz udawać twardziela? - odpowiedziałem, zapinając kajdanki na jego nadgarstkach. - Słuchaj, mam dzisiaj urodziny, więc nie wezwę policji. - Odwróciłem go tak, aby stał twarzą do mnie. - Ale mam jeden warunek. Musisz mi grzecznie podać numer do mamy, albo taty.

- To strata czasu. Zgineli w tym pożarze o którym pisali w gazatach.

Na początku zrobiło mi się go trochę żal, ale potem nastał czas niepokoju. Miałem niedawno szkolenie z rozpoznawania kiedy ktoś kłamie, a kiedy mówi prawdę. Ten knypek na pewno mówił prawdę. Był jednak jeden problem, w tym pożarze zginął też ich jedyny syn. Więc jak to możliwe...

Obudziłem się przy starym biurku. Tym razem, poza myszką, klawiaturą i monitorem, była też na nim gazeta. No tak, zasnąłem czytając ten artykuł o pożarze. Mam nadzieję, że nic się w tym czasie nie stało. Za pomocą kamer obejrzałem wnętrze budynku. Uczucie ulgi ogarnęło mnie kiedy zobaczyłem, że wszystko jest w porządku. Kamery były wszędzie, poza moim biurem, więc nie było mowy o pomyłce. Spojżałem na zegarek na moim ręku. Zostały jeszcze trzy godziny tej nudy. No, ale może zegarek może źle chodzić. Czasem zapominam go nakręcić. A więc, komputerze, powiedz mi, że się mylę. Kurwa, ta sama godzina.No cóż, w takim razie pozostaje jedynie praca. Na dobry początek, wschodni korytarz. Nic się tu nie zmieniło od ostatniego razu, no bo co miało się wydarzyć? Zaglądałem tu parę sekund temu. Przejechałem dłonią po twarzy. Nie powinienem czytać o pożarach przed snem. Chyba jako jedyny człowiek mam koszmary po tym, jak przeczytam coś o ogniu przed snem. Spojżałem przelotnie na router, leżący na szafce z dokumentami. Niestety, jego stan nie był snem. Usłyszałem hałas dobiegający ze strony wschodniego wejścia. Pobiegłem tam uzbrojony w paralizator. Włamywacza nie musiałem szukać długo, siedział tuż obok szklanych drzwi, które rozbił, żeby dostać się do środka. Debil zrobił to gołymi rękoma, a teraz próbował zatamować krwawienie.

- Masz wielkie kłopoty, młody. - powiedziałem, wyciągając kluczyk do apteczki, która na szczęście była właśnie tu.

- Zamknij się - warknął.

- Uspokój się. - Szybko go skułem, po czym zacząłem zakłdać mu bandarze. Wtedy jednak stało się coś dziwnego. Bandaże najzwyczjniej w świecie przeniknęły przez jego rękę.

Obudziłem się przy starym biurku. Moim "budzikiem" był dzwonek komórki. To żona dzwoniła z pytanie co wolę na kolację; gulasz, czy schabowe. Zdążyłem jedynie odpowiedzieć, że kotlety, a sekundę później nas rozłączyło. Spojżałem na ekran komórki. No tak, głupi ja. Nie podładowałem jej, to mam za swoje. Przeniosłem wzrok na monitor. Przed snem musiałem otworzyć Worda i pisać listy do samego siebie. Często tak robię. Tak, wiem że to dziwne, ale każdy potrzebuje czasem motywacji, a taki list jest do tego idealny. Ten akurat miał dwanaście stron i brzmiał z grubsza tak: "hhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhh". Wiesz o co chodzi. Zamknąłem program bez zapisywania zmian, po czym otworzyłem przeglądarkę internetową. "Nie masz połączenia z siecią". No tak, router. Szybka rundka po kamerach wystarczyła, żebym przypomniał sobie jak nudną mam pracę. W ciągu całej nocy nie wydażyło się absolutnie nic. No, może poza tymi snami. Chwila... jednak nie. Kamera w wschodnim przejściu nie działała. Poszedłem tam, miejąc nadzieję, że da się to łatwo naprawić. Przemieżając korytarze przypomniałem sobie, że kiedyś bałem się tego miejsca. W ciszy i ciemności wyobraznia pracowała, dostarczając mi wątpliwej rozrywki w postaci najróżniejszych straszydeł. Ta, co zrobisz, nic nie zrobisz. Z zadumy wyrwał mnie zapach spalonego plastiku. Szczątki kamery kapały na podłogę.

Obudziłem się przy starym biurku. Boże wszechmogący, ile razy można budzić się z jednego snu? Mogła to chociaż nie być taka rutyna. Zegarek pokazywał piątą, router nie działał, nikogo nie było. Jak zawsze, wszystko w pażądku. No, może poza moją głową. Przez następne dwie godziny wschodnie wejście było moją obsesją. Zaglądałem tam co chwila. Ta praca zaczyna powoli mi szkodzić, powinienem znaleść nową. Przynajmniej tym razem moja paranoja się opłaciła - pomyślałem, kiedy na ekranie ujżałem tego chłopaka. Stał oparty o szklane drzwi. Wpatrzywał się usilnie w kamerę. Mimowolnie wzdrygnąłem się, to nie tak, że jestem tchórzem. Po prostu wydawało mi się, że tak naprawdę wpatruje się we mnie. Poruszył ustami, ale ponieważ te kamery nie nagrywają dźwięku to nic nie zrozumiałem.

- Możesz sobie gadać ile chcesz młody - powiedziałem, szukając wzrokiem kajdanek.

-Mówiłem, że jestem za tobą.

Obudziłem się przy starym biurku. Allejuja! Nie ma rutyny! Chociaż wolałbym, żeby jednak była. Harmider jaki tu panował był niemal nieopisany. Najlepsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy, do młot pneumatyczny pracujący tuż przy głowie. Światła naprzemian zapalały się i gasły bez żadnego rytmu. Obraz z kamer to była czsta abstrakcja. Jedynie pastelowe plamy pomarańczy i zieleni, mające kontury półek, drzwi, okien i takich tam rzeczy. Oczywiście, kamera na wschodnim korytarzu była wyjątkiem. Lecz tam też był niecodzienny widok, a mianowicie wielki jak nie wiem co słoń, z wymalowanym różową farbą "Proszę bardzo, zero rutyny" na boku oraz "zadowolony?" nieco niżej.

Obudziłem się przy starym biurku. To samo co zwykle, router nie działa, nikogo nie ma, zostały trzy godziny. Ponieważ tym razem nic się nie stało, to nie będę tego opisywał. To taka mała nagroda za to, że tu dotrwałeś. W domu czekała na mnie uśmiechnieta żona ze schabowymi. Moje ulubione, ja to mam szczęście, no nie?

- Schabowe? Jak to dobrze wrócić czasem do domu i mieć gotowy obiad.

-  Oczywiście, że schabowe. Sam je chciałeś. - Uśmiech zszedł jej z twarzy. - Kochnie, dobrze się czujesz? Blady jesteś.

Te słowa uświadomiły mi, że nie warto podpalać domów.

Advertisement