Creepypasta Wiki
Advertisement

(na wstępie przepraszam za jakiekolwiek błędy ortograficzne w paście. Niestety dysleksja daje mi mocno w kość.)

Rok 1975. Ronald był chłopcem, który bardzo dobrze się uczył. Był to wysoki i chudy 16-latek. Ale w tym wszystkim miał jeden szkopuł... bardzo interesował go temat jakim jest śmierć...

Codziennie po szkole chodził na cmenatrz. Najbardziej lubił tam chodzić w zimę. Tak było codziennie do roku 1980... miał wtedy około 21 lat... szukał pracy. Szukał więc w dopiero co pojawiającym się internecie, (który nawiasem mówiąc pozostawiał BARDZO wiele do życzenia) natknął się na posadę kierowcy karawanu w jakimś zakładzie pogrzebowym. Przyjechał tam więc Starym Plymouthem ojca. Przyjeli go, ale niestety auto musiał załatwić we własnym zakresie, więc pojechał na złomowisko. Kupił tam używanego starego Cadillaca za niecałe 600 dolarów. Sam był zdziwiony, że tak tanio, więc wziął go. Gołym okiem można było zauważyć, że wóz nie jest w dobrym stanie, zarówno technicznym jak i wizualnym. Karawan był dosłownie cały w chrupiącej go ze smakiem rdzy. Auto miało na sobie masę nieładnych rysunków i napisów. Jeden zwrócił jego uwagę szczególnie. Był to napis "Wracaj do piekła skąd cię wysłali piekielna maszyno!" wypalony na masce auta. Wycieraczki były połamane, reflektory wybite razem z halogenami, jedno koło miało przebitą osmaloną oponę, a w środku można było znależć poprute niemal wszystkie siedzenia. Tylna kanapa była pocięta, wystawały z niej sprężyny i wypełnione były czymś podobnym do foli. Kierownica była połamana i nie działał klakson. Ronald był zdziwiony, bo ten złom zapalił, nawet radio działało.

Jak najszybciej (może i 50 na godzine osiągnął) pojechał do mechanika przez bardzo złą dzielnice jego miasta. Byli tam członkowie gangów, Handlarze bronią i narkotykami, szczególnie groźny był tam gang Crips (istniejący też w rzeczywistości). Ronald wracał tędy często. Był traktowany jak gówniarz do popychania i gangsterzy często się z niego śmiali i wyszydzali go. Dziś wracał tędy owym karawanem. W zachowaniu "znajomych" było coś nie tak... zazwyczaj zuchwali i wulgarni Afroamerykanie dziś stali się o wiele bardziej strachliwi. Liderzy gangów chowali się w jak najwyżej położonych miejscach. Dzieci chowały się za plecami matek. Nastolatkowie bez słow uciekali z drogi przejeżdzającego wozu. Starcy jak najprędzej zabierali młodzież i dzieci i sami chowali się w domach zamykając się na cztery spusty. Ronald strasznie się zdziwił, ale to olał. Pojechał do warsztatu Wujka Boba. Był to jedyny mechanik w mieście. On też wydawał się inny... Zazwyczaj spokojny, wyluzowany i zabawny czterdziesto-kilku latek nagle stał się o wiele bardziej poważny, strachliwy, nie chciał nawet dotknąć auta. Nagle spytał Ronalda.

— Ty naprawde chcesz naprawić tego demona na kołach? On wystarczająco już w tym mieście szkód narobił! — krzyknął na niego po czym natychmiastowo wyrzucił go i auto z warsztatu.

Zrezygnowany Ronald postanowił pojechać do odległego miasta. Pojechał do Colorado Springs. Nie był pewien czy auto da rade, więc dla pewności zawiózł je tam za pomocą lawety. O dziwo dojechał bez przeszkód. Odwiedził tam najlepszego mechanika jakiego znał. Pana Rafała Jabłonia. trzydziesto-kilku letniego imigranta z Polski. Po kilku tygodniach karawan był jak z fabryki. Nie było widać ani grama rdzy. Wycieraczki były nowe, wymieniono, reflektory, wymieniono koła, kompletnie od podstaw zrobiono wnętrze oraz całe, brązowe od rdzy auto zostało pokryte pięknym, lśniącym, czarnym, perłowym lakierem. 

Ronald pokrył tylko koszty i wrócił do Denver. Zarejestrował auto i już mógł cieszyć się zawodem kierowcy karawanu. Zarabiał dość sporo jak na ten rodzaj fachu, bo aż 4000 dolarów za tydzień. I nie ma się co dziwić... wykonywał swoją pracę bardzo dobrze i sumiennie. Ale było w tym coś dziwnego. Każdego dnia w jego skrzynce na listy zalegały tony mandatów! Z czasem też widział, że jego karawan był zaparkowany kompletnie gdzie indziej. Np. Jak był zaparkowany przed garażem, to nad ranem czekał na niego centralnie przed drzwiami jego mieszkania. Był tym zaciekawiony.

Pewnego dnia w pracy miał przewieźć zwłoki "jakiegoś czarnucha". Zanim trumna została włożona do auta zerknął na ciało. Zbladł ze strachu. To był jeden z gangsterów, który najmocniej go wyszydzał. Był kompletnie zmasakrowany, nie miał części głowy oraz miał zmiażdzone żebra. Wyglądał jakby jakiś samochód uderzył w niego z ogromną siłą. Co jeszcze ciekawsze, miał na ciele gigantyczny ślad opony. Tego samego dnia wcześniej musiał wymienić tylne opony, bo bieżnik był z nich prawie całkowicie zerwany. Ronald zaczął coś podejrzewać, że ktoś ukradł mu auto, a następnie zabił nim go. Podejrzewał członków wrogiego gangu Bloods'ów. Tej nocy Ronald nie mógł spać.

Wciąż pracował w tym samym domu pogrzebowym jako kierowca karawanu. Miał około 34 lat oraz był rok 1993. Ronald wszedł do karawanu i otworzył szafkę na miejscu pasażera. Była tam kartka z napisem "Jeśli to czytasz to wybacz, że zabiłam twoich wrogów... Nazywam się Cindy. Jestem karawanem." Na początku potraktował to jako jakiś niesmaczny żart. Później jednak, gdy szedł ulicą ze sklepu zauważył, że koło niego jest zaparkowana Cindy. Mimo teg,  że jej nie brał. Przerażony zaczął ostrożnie i cicho iść w przeciwnym kierunku od auta. Nagle usłyszał cichy śmiech jakby jakiejś kobiety. Mimo że nikt w jego pobliżu nie rozmawiał ani nic nie mówił. Gdy odszedł od auta o niecały kilometr wtedy auto odpaliło i wyjechało z parkingu i zaczęło jechać w jego kierunku. Przerażony mężczyzna zaczął szybko uciekać. Im bliżej był wozu tym głośniejszy stawał się śmiech. Nagle Ron potknął się i upadł na chodnik. Auto jechało z maksymalną prędkością w jego kierunku. Kiedy wóz był dosłownie kilka metrów od niego momentalnie zatrzymał się centralnie przed mężczyzną. Nagle drzwi auta otworzyły się, mimo iż z nikogo w nim nie było. Wtedy Ronald postanowił wstać. Wtedy znów zaczął uciekać, a auto znów zaczęło go gonić. Ten jednak tym razem trafił na ślepą uliczke i wymusiło to aby ten się zatrzymał. Auto pędziło na niego z prędkością na oko 190 km/h. Słychać było głośny pisk opon i auto próbowało wychamować. Niestety nie udało mu się. Rozpędzony karawan dosłownie zmiażdżył mężczyzne kanciastym przodem i ciało Ronalda opadło bezwładnie na maskę Cindy. Auto lekko się cofnęło a z reflektorów spływały krople deszczu co wyglądało jakby auto płakało.

Kilka dni później odbył się pogrzeb Ronalda. Został on przewieziony na cmentarz tym samym karawanem, którym jeździł. Cindy... Auto, które dosłownie żyło. Dosłownie kochało swojego właściciela. W roku 1995 auto służyło jako karawan służbowy. Natomiast 5 lat później samochód zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach i już nigdy nie widziano go ponownie.

(Jest to moja pierwsza Creepypasta więc przepraszam za jej jakość)

Advertisement