Creepypasta Wiki
Advertisement

Mój dziadek miał w chwili śmierci już sto-ileś lat, wyglądał jak w sumie żywy trup i bez leków oraz wózka z kroplówką nie był w stanie żyć – czasami zastanawiałem się, czy jeszcze widzi lub słyszy. Urodził się w dziewiętnastym wieku pod zaborami i miał "szczęście", żeby załapać się na walkę w I Wojnie Światowej w armii rosyjskiej.

Czasami mój dziadek opowiadał mi historie z czasów wojny, przynajmniej do czasu, kiedy nie zaczął mieć problemów z artykulacją podstawowych głosek z powodu starości. W jego wypadku wojna polegała w głównej mierze na siedzeniu w wykopanym w rosyjskiej tajdze okopie, przymarzając niemal do ziemi, otoczony zewsząd mieszanką błota i śniegu, okazjonalnie wychylając się, strzelając z innymi żołnierzami do wychylonych z innego okopu Niemców.

Śnieg sypał podobno tak gęsto, a wiatr dmuchał tak mocno, że ciężko było oddychać bez jakiegokolwiek rodzaju chusty na nosie i ustach. Z tego powodu większość żołnierzy siedziała schowana pod ziemią, ogrzewając się w świetle lamp naftowych.

Pewnie się spytacie, co w tym strasznego, poza tym, że hej, to była tylko jedna z największych tragedii w dziejach ludzkości, którą przebiła tylko jej "druga część". No to już wam tłumaczę.

Pewnego dnia, kiedy dziadek i jego oddział przenosili okopy, usłyszeć mogli strzały, które zidentyfikowali jako pochodzące z niemieckich karabinów. Wszyscy momentalnie padli na ziemię, ale po pewnym czasie zorientowali się, że strzały ucichły, starszy sierżant nakazał dwóm zwiadowcom ruszyć w miejsce, z którego dochodziły. Minęło paręnaście minut, a oni dalej nie wracali, więc wysłano po nich dziadka.

Nie wiedział, gdzie iść, to automatycznie stwierdził, że zacznie po prostu iść przed siebie, w dół skarpy. Przez kolejne parę minut łaził po lesie, aż w końcu natrafił na coś dość interesującego.

Parę metrów dalej od swojej pozycji zobaczył jak niemieccy żołnierze na małej polanie w dole strzelają w stronę lasu, jakby do nadchodzącej piechoty, i to strzelali bardzo intensywnie, dodatkowo jeden z Niemców wrzeszczał i pokazywał na drzewa. Wkrótce dziadek zorientował się dlaczego, bo spomiędzy drzew wyszło kilku żołnierzy. Dziadek nie był dobry w opisywaniu rzeczy, ale stwierdził, że nosili metalową zbroję używaną w okresie I Wojny Światowej celem ochrony, łącznie z hełmem przypominającym przerośnięty garnek z dziurą na oczy. Ale co w tym dziwnego, może to był po prostu jakiś rosyjski pluton, który użył tego, co mieli przy sobie – zbroi – jako ostatecznej obrony? No nie, a przynajmniej do czasu aż dziadek nie powiedział czego używali do walki. Opisał ich broń palną bowiem jako "Pepesze", z czego PPSz-41 nie wynaleziono do czasu 1941 roku. Tak, to tutaj zaczyna robić się dziwnie.

Niemcy strzelali do tych dziwnych żołnierzy przez kolejne kilka minut, podczas gdy dziadek ukrył się za drzewem i oglądał. Wtedy na miejsce przyjechała z lasu ciężarówka z kolejnymi żołnierzami, z czego kilku posiadało rusznice przeciwpancerne i zaczęło strzelać, rozrywając opancerzone wojska jak chusteczki. I tutaj historia przechodzi z dziwnej do praktycznie...Nie wiem jak to nazwać.

Z lasu, z miejsca, gdzie wychodzili żołnierze, wyjechało coś, co wyglądało jak czołg. Przypominał Marka czy inny prymitywny czołg z tamtego okresu, ale to, co go wyróżniało, to dziwne urządzenie "na górze" – wyglądało jak działo, ale zamiast lufy miało coś, co wyglądało jak – jak to określił mój dziadek – "długa wtyczka". Pojazd uruchomił to osobliwe urządzenie, kierując je w stronę ciężarówki, a ta... Zaczęła się unosić. Ten dziwaczny czołg zaczął dosłownie przyciągać tę ciężarówkę do siebie. Diadek twierdził, że wziął wtedy karabin i również zaczął strzelać do Niemców, gdyż nie wiedząc, co o tej sytuacji myśleć, uznał, że dziwni żołnierze to rosjanie. Kiedy Niemcy zaczęli się wycofywać, z lasu wyszło więcej żołnierzy z "psami tropiącymi". Czemu w nawiasie? Te psy, czy cokolwiek to było, były wielkości dużych kotów, takich jak lwy lub tygrysy, pokryte czarnym, poszarpanym futrem i wydawały się mieć białe pyski z ostrymi zębami oraz oczami bez źrenic. W tym momencie dziadek wziął nogi za pas i wrócił z powrotem do okopu.

Kiedy powiedział przełożonym o dziwnych jednostkach, następnego dnia zdecydowano się ich poszukać, ale nie odnaleziono po nich ani śladu, tak przynajmniej oddziałowi dziadka się zdawało.

Wkrótce odnaleziono ślady gumowych butów, gąsienic oraz łap, które były wielkości "łap niedźwiedzia", a także wiele innych dziwnych rzeczy.

Walka ta rzekomo rozegrała się około kilkanaście kilometrów dalej od Przełęczy Diatłowa. Tsja, pozwolę wam wyciągnąć własne wnioski.

Wiecie, co z tego wyniosłem? Albo mój dziadek zaczął cierpieć na jakąś demencję czy coś, szaleć lub przestać kontaktować ze światem, albo gdzieś w Rosji znajduje bądź znajdowała się jakaś zaawansowana technicznie grupa ludzi, tak zaawansowana, że w latach Pierwszej Wojny miała dostęp do broni, której my nawet teraz nie jesteśmy w stanie opanować.

Na ogół nie śmieję się z chorób, zwłaszcza osoby martwej, ale mam nadzieję, że mój dziadek cierpiał na jakąś schizofrenię. Bo jeżeli nie, to kto wie, czy tym ludziom podoba się to, co się teraz dzieje w Rosji.

Wtedy prawdopodobnie jeszcze się bronili, a skoro tak wygląda obrona, to wątpię, czy bylibyśmy przygotowani na atak.

Advertisement