Creepypasta Wiki
Advertisement

To wydarzyło się tak szybko... Szybciej niż jedna myśl. Szłam sobie ulicą, słuchając muzyki. Byłam w świetnym humorze, jak nigdy. Wszystko zaczynało się układać. Rodzice zaczęli się dogadywać, co już było wielkim wyczynem. Przed rozwodem kłócili się praktycznie cały czas, a po już więcej się do siebie nie odezwali. Pamiętam jak musiałam przenosić się co tydzień z jednego domu do drugiego. To było okropne.. Nie potrafiłam wytrzymać tej okropnej ciszy. Jakbym nie istniała. Żadnego: "Cześć! Jak tam w szkole?". Czułam się samotna, bardzo samotna. A gdy wreszcie rodzice przypomnieli sobie, że istnieje takie coś jak mowa, to najczęściej była jakaś wiadomość do przekazania jednemu rodzicielowi od drugiego. Jakby nie wiedzieli, że istnieje takie urządzenie jak telefon! Dobra, już nie musieliby do siebie dzwonić, ale przynajmniej napisać SMS to chyba nie takie trudne, co? I zrozum tu człowieka... Ale nie ważne.

Właśnie szłam na spotkanie z nowym kolegą. Cieszyłam się, bo miałam nadzieję, że nasza znajomość przekształci się w związek... On jest naprawdę wyjątkowy. Przystojny, mądry, po prostu ideał. Rozumiał mnie jak mało kto. Wiedział co przeżywam przez rozwód rodziców i cały czas mnie wspierał. Myślę, że się w nim zakochałam i właśnie dzisiaj chciałam mu to powiedzieć... Bałam się, jak cholera, ale miałam nadzieję, że on czuje to samo. Gdyby odwzajemnił uczucie byłabym najszczęśliwszą osobą jaką znam. Ale to nie jest ważne.

Szłam, więc na spotkanie z Xavierem, aby porozmawiać z nim i wyznać mu co czuję. Mieliśmy spotkać się przed parkiem. Byłam już prawie na miejscu. Zauważyłam, że Xav stoi przed bramą. Pomachałam mu, a on odwzajemnił gest. Wystarczyło, że przejdę przez ulicę, jeszcze jakieś 50 metrów i już stoję obok niego. Niby nic, ale niestety akurat zza rogu wyjechał samochód, gdy ja właśnie przechodziłam przez pasy. Auto z wielką prędkością zbliżało się w moim kierunku. Nie minęło 5 sekund, gdy usłyszałam pisk opon, poczułam nagły i ostry ból, krzyk Xaviera, a potem nic. Pustka, nicość. Rozpływałam się w niej. Pochłonęła mnie całkowicie. Nie czułam i nie myślałam, tylko byłam, a może właśnie nie? Jakbym była jednocześnie materialna, ale i nierzeczywista. Wiedziałam jedno i tylko ta myśl chodziła mi po głowie. Umarłam. Straciłam wszystko na czym mi zależało. Rodziców, Xaviera...

Trwałam tak może parę minut, może godzin lub dni. Nie mam pojęcia, straciłam poczucie czasu. Chciałam krzyczeć, lecz żaden dźwięk nie wydobył się z moich ust, chciałam też płakać, ale to na nic. Byłam przerażona, samotna i opuszczona. Nigdy się tak nie czułam, a najgorsze było to, że nic nie mogłam z tym zrobić. Ta bezczynność doprowadzała mnie do szału. Patrzyłam, ale widziałam tylko ciemność, próbowałam słuchać, ale słyszałam tylko ciszę. Tylko, że to był ten okropny, mrożący krew w żyłach rodzaj ciszy. Zaczynałam popadać w obłęd.

Kiedyś wierzyłam, że istnieje coś po śmierci. Może Niebo, albo coś podobnego jak reinkarnacja, teraz poznałam przerażającą prawdę. Po śmierci nie ma nic. Tylko Pustka. Nie potrafię dokładnie opisać czy naprawdę coś odczuwałam, czy to wszystko to zły sen. Nie wiedziałam w co wierzyć.

Myślałam, że od wypadku minęła wieczność, że już nigdy nie zobaczę nieba, gwiazd. Nie usłyszę śpiewu ptaków. Prze to czułam jeszcze większą bezsilność. Zaczynałam wariować. Chciałam się samo okaleczyć, tylko po to, aby coś poczuć. Ale nic się nie wydarzyło. Tylko Pustka. Pragnęłam, aby się stąd wydostać, zrobić coś, aby To się skończyło. Nie chciałam więcej tak cierpieć. To było zbyt dużo dla mnie. Byłam za słaba na taki ból. Nie potrafię, po prostu nie potrafię.

Zastanawiałam się, co takiego złego uczyniłam, że mnie tak surowo ukarano. Dlaczego ja? Dlaczego właśnie ja musiałam znosić takie tortury? Gdy już prawie przekroczyłam granicę szaleństwa coś się stało... Poczułam... Coś poczułam. Na początku nie potrafiłam tego nazwać. Przestraszyłam się. Potem przypomniałam sobie słowo, którego zapomniałam. Kropla. Poczułam jakby jakaś kropla spadła na mój policzek, później druga i trzecia... Następne usłyszałam szloch. Ktoś płakał. Nie rozumiałam co się dzieje.

Nagle jasne światło oślepiło mnie boleśnie. Zaczęło mnie wciągać, a ja bałam się, że za chwilę spłonę w tym świetle. Jednak nic takiego się nie stało. Nadal widziałam to światło, więc chciałam zasłonić sobie oczy. Ku mojej radości udało mi się. Powoli zaczęłam odzyskiwać jasność widzenia... Usłyszałam też miarowe pikanie jakiejś maszyny.

Gdy już zaczęłam widzieć, rozejrzałam się. Byłam w jakimś pokoju. Leżałam na łóżku. Z ręki wystawała mi jakaś rurka, a do klatki piersiowej miałam doczepione kabelki. Zastanawiałam się gdzie jestem i co się stało, ale z przemyśleń  wyrwał mnie jakiś szloch. Obok mnie siedziała jakaś osoba, która płakała. Twarz miała ukrytą pod dłuższymi włosami, pochylała się obok mnie i opierała o moje ramię. To był chłopak. Zauważyłam, że trzyma moją dłoń w swojej. Nie wiedziałam kim jest, ani dlaczego płacze, ale chciałam go pocieszyć. Może też był w tym okropnym miejscu co ja? Gdy przypomniałam sobie o tym okropnym miejscu mimowolnie ścisnęłam jego dłoń. A on nagle przestał szlochać. Podniósł głowę. Teraz mogłam zobaczyć jego twarz. Był to przystojny chłopak i pięknych oczach. Kogoś mi przypominał... Musiałam go znać... To był... Zaraz... Xavier! O Mój Boże to Xavier!

- Xavier!- krzyknęłam, a chłopak patrzył na mnie z mieszaniną szoku i wielkiego szczęścia na twarzy.

- Zoey! O Mój Boże! Obudziłaś się! Boże!- chłopak znów zaczął płakać, ale tym razem ze szczęścia.

- Xavier, powiedz mi co się stało? Jak tu się znalazłam?

- Mieliśmy się spotkać, a ty przechodziłaś przez pasy i jakiś wariat cię potrącił, a ja nie mogłem nic zrobić. Przyjechała karetka, a ty zapadłaś w śpiączkę. Lekarze nie dawali ci żadnych szans...- przerwał, spuszczając wzrok. Zaczynałam sobie wszystko przypominać. Spotkanie, to co chciałam mu wyznać, samochód pędzący w moją stronę, ból i Pustkę.

- Xavier? Jak długo spałam?- ścisnęłam go za rękę, a on odwzajemnił gest.

- Około miesiąca- powiedział, przygryzając wargę. Coś ukrywał, zawsze przygryza wargę, gdy coś ukrywa... Byłam o tym przekonana.

- Nie mówisz całej prawdy... Co się ze mną działo przez ten czas? Gdzie są moi rodzice?- chciałam wstać, ale Xavier mnie powstrzymał.

- Są w domu... Odpoczywają- powiedział.

- Nadal nie odpowiedziałeś na moje pierwsze pytanie. Co się ze mną działo?- spojrzałam mu w oczy.

- Mówiłem, że było z tobą bardzo źle... Przez pierwsze 3 dni w ogóle nie reagowałaś na żadne bodźce. Lekarze nie dawali ci, żadnych szans, ale potem coś się stało... Krzyczałaś. Przeraźliwie krzyczałaś i nie mogliśmy cię uspokoić. Lekarze nie wiedzieli co się dzieje. Nigdy nic podobnego się nie wydarzyło. Gdy już nie miałaś siły krzyczeć, po prostu leżałaś, płacząc i patrząc pusto w przestrzeń. Znów nic do ciebie nie docierało. Twoi rodzice byli na skraju załamania nerwowego. Nie mogli patrzeć jak cierpisz, więc lekarz kazał im wrócić do domu, aby odpoczywali. Mieli się zjawić jeśli się obudzisz... Tylko ja przychodziłem do ciebie codziennie, ale to nie koniec. Dwa tygodnie temu zaczęłaś się drapać po ręce, aż do samej krwi. To było przerażające. Niektóre pielęgniarki myślały o wezwaniu egzorcysty. Lekarz próbował ci to opatrzyć, ale za każdym razem rozrywałaś opatrunek i drapałaś się dalej. Po ok. tygodniu rana zamieniła się w stup. Niestety będziesz ją miała już na zawsze, ale najgorsze jest to, że ta rana to...- urwał.

- Co? Powiedz!- byłam przerażona. Jak mogłam się okaleczyć? Przecież w Pustce nie mogłam nic zrobić.

- Napis... Rana jest napisem. Wydrapałaś go sobie na przedramieniu- spojrzałam na rękę, dopiero teraz zauważyłam opatrunek. Powoli go zdjęłam i gdy zobaczyłam ranę maszyna stojąca obok zaczęła coraz szybciej pikać. To było moje serce... Waliło jak oszalałe. Na moim przedramieniu wydrapałam dość głęboką ranę, która układała się w jedno zdanie. Zdanie, które zmroziło mi krew w żyłach. Brzmiało:" Zabierzcie mnie stąd!".

Nadal nie mogłam w to uwierzyć. Jak to możliwe?

- Zoey! Uspokój się, proszę. Dopiero co się obudziłaś, a nie chcę cię stracić drugi raz- Xavier spojrzał na mnie przestraszony. Pokiwałam głową i uspokoiłam łomoczące serce. To było okropne! Nadal nie rozumiałam, jak się tam znalazłam. I co to była ta Pustka? Nazwałam ją tak, ponieważ nie ma lepszego słowa w ludzkiej mowie na określenie tego miejsca gdzie byłam.

Reszta to już historia... Xavier zadzwonił po rodziców. Przyjechali natychmiast. Nie posiadali się ze szczęścia, widząc mnie wybudzoną ze śpiączki. Lekarze zrobili mi badania, a gdy, ku ich wielkiemu zdziwieniu okazały się znakomite, wypisali mnie na drugi dzień.

Xavier po pewnym czasie wyznał mi, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, ale bał się mojej reakcji. Powiedziałam mu, że czuję to samo. Teraz jesteśmy parą. Spędzamy ze sobą jak najwięcej czasu.

Rodzice są w jeszcze lepszych stosunkach. Można powiedzieć, że są "prawie" przyjaciółmi. Moja niedoszła śmierć zbliżyła ich do siebie.


A ja żyję i jestem szczęśliwa. Choć Pustka mnie zmieniła. Zostawiła po sobie głębokie rany, które chyba już nigdy się nie zagoją. Przypominałam sobie to przez co przeszłam gdy byłam TAM, gdy tylko spojrzałam na napis wyryty na mojej ręce. "Zabierzcie mnie stąd!". Czasami przeżywam ten koszmar od początku we śnie, wtedy budzę się w nocy z krzykiem. Ale wiem, że to już nigdy się nie powtórzy. Przynajmniej mam taką nadzieję. Takiego cierpienia nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi. Pustka cię pochłania, zabiera cząstkę ciebie i nigdy jej nie oddaje. A ty przez resztę swojego życia będziesz żył z tymi okropnymi wspomnieniami i uczuciem, że coś ci odebrano, że czegoś ci brakuje, ale już nigdy się nie dowiesz czego...

~~By Anatidaephobia_is_my_life

Advertisement