Creepypasta Wiki
Advertisement

Czy słyszałeś kiedyś o operacji o kryptonimie Daisy Field, przeprowadzonej około dwa lata temu? Zapewne nie, choć w zasadzie innej odpowiedzi się raczej nie spodziewałem - pewne jednostki wydały duże pieniądze żeby zatrzeć ślady jakiegokolwiek istnienia takowej operacji. W zasadzie to prawdopodobnie jestem jedyną osobą która ją nie tylko pamięta, ale zamierza zrelacjonować.

Jestem weteranem. W 2017 moja jednostka stacjonowała wraz z United States Army na terenie granicy Syrii i Iranu od około paru dni, a jedynym wyznaczonym celem była operacja, właśnie o kryptonimie Daisy Field. Rozkazy były następujące: Zlikwidować jakąkolwiek prezencję wroga na terenie ok. 100 kilometrów od miejsca gdzie zrzucono nas Chinookami.

Oczywiście przez dwa, trzy dni jeździliśmy wszędzie i likwidowaliśmy "obywateli" w turbanach  którzy biegli na nas z karabinem i darli mordę, ale ilekroć Johnson - dowodzący jednostką US Army która nas wspierała - wysyłał wiadomość o domniemanym zlikwidowanu wszystkich wrogów, otrzymywaliśmy tą samą wiadomość:

"Zniszczyć wszystkie jednostki wroga, nadal wykryto dużą prezencję. Nie oddalać się na dalej niż 100 kilometry od punktu zrzutu."

W końcu pewnego dnia Johnson oznajmił że zwiadowcy wykryli znaczne skupisko sił wroga w osadzie znanej  jako Al-Mahra-Al-Bahaq. Wpiszcie sobie tą nazwę w Google i zauważycie że również o niej nie ma żadnej informacji. To również zapewne sprawka całego zacierania śladów, tak tylko zgaduję.

Ruszyliśmy uzbrojeni w kierunku osady, która znajdowała się za dużym, kamienistym wzniesieniem, dając nam dobrą pozycję do strzału.

- Mam co do tego złe przeczucia - powiedział mój znajomy z oddziału -Wszyscy wkopali się w jedno miejsce, to trochę idiotyczne nie? Wystarczy jeden zrzut i po nich.

-Równie dobrze te ciapaki mogłyby sobie wymalować tarczę strzelniczą na tej bazie. I taki otwór, "Tu wrzucać bombę"- odparłem, próbując jakoś odstresować się przed nadchodzącym atakiem -Dobra, wróg w zasięgu. Stop.

Zatrzymaliśmy się na wzgórzu, patrząc w dół. Z tych około trzydziestu metrów mieliśmy dobry widok na całą Al-Mahra-Al-Bahaq - kilkanaście typowych arabskich lepianek, prymitywny meczet, a w samym środku nasz cel - duże skupisko terrorystów, wręcz proszące się o to żeby wrzucić do środka bombę.

Byli okopani w środku osady obok dużego budynku wyglądającego jak coś w stylu koszar, ogrodzeni mieszanką drutu kolczastego, worków z piaskiem i rozmaitych "syfiastych" barykad zrobionych z wszelkiej maści śmieci takich jak duże płaty blachy falistej czy metalowe pręty.

Zanim jednak zdążyliśmy w ogóle wystrzelić czy zrobić w zasadzie cokolwiek, usłyszeliśmy jak terroryści zaczynają przeraźliwie wrzeszczeć, i wybiegli zza osłon. Uznaliśmy to za atak, i zaczęliśmy strzelać kiedy tylko się zbliżali.

Dopiero po minucie lub pół zorientowaliśmy się że terroryści w ogóle do nas nie strzelają, wręcz przeciwnie - niektórzy rzucali broń, a inni strzelali za siebie. Po pewnym czasie Johnson kazał wstrzymać ogień, i wtedy nas olśniło.

Widzieliśmy jak terroryści wszelkiej maści przebiegali po prostu koło nas. Uzbrojeni po zęby w karabiny, wyrzutnie, pistolety i kamizelki wybuchowe, po prostu przebiegali obok nas, omijając bokami wzgórze tylko po to żeby jak najszybciej się oddalić. Ci ludzie byli opisywani w raportach jako zatwardziali religijni fanatycy, seryjni mordercy i gwałciciele, a jednak uciekali i to tak szybko, jak nigdy nie widziałem żeby uciekała jakakolwiek żywa istota.

W końcu jednak Johnson zatrzymał jednego z nich, reszta nawet się nie obróciła. Był przerażony, jego kominiarka była przepocona, i wyrywał się z uścisku jak ryba wyciągnięta z wody, wrzeszcząc tak głośno że po pewnym czasie jego gardło było praktycznie zdarte, próbował nas kopać i gryźć, ale udało nam się go przyszpilić do ziemi.

Nasz oddziałowy tłumacz rozpoczął swoją część roboty i po paru minutach udało nam się uspokoić naszą "zdobycz" aż do stanu w którym była w stanie normalnie z nim rozmawiać. Ciężko było zrozumieć co mówi, bo nie dość że się jąkał, to też stale ciężo oddychał i powtarzał żeby go wypuścić, a kiedy tłumacz powiedział że jednym z jego błagań było to że w zamian za wypuszczenie wyrzeknie się Mahometa, jeśli na tym nam zależy, zrozumieliśmy że coś poważnego jest na rzeczy.

Jedyne co udało się nam wydobyć z mężczyzny to to że w obozie jest "coś". Raz użył na to "coś" określenia "Al-Masih ad-Dajjal". Al-Masih ad-Dajjal to coś w rodzaju Antychrysta w islamie, nie jestem pewien, lecz wielu imamów i znawców islamu twierdzi że jego wygląd ma być ponoć przerażający.

Zanim udało nam się cokolwiek jeszcze od niego wyciągnąć, znowu zaczął wrzeszczeć, wyrwał się z uścisku i uciekł. Kiedy obróciliśmy się w stronę osady, zobaczyliśmy dlaczego.

Około pięć metrów od nas, na skraju wzgórza stało..."coś". Nie mam na to co zobaczyłem innego określenia niż "coś".

Wyglądało jak człowiek, ale to nie był człowiek, tego jestem pewny do dzisiaj. Miało conajmniej dwa i pół metra wysokości, a ręce takie długie że sięgały mu aż do stóp, a samych rąk nie miał dwóch, a trzy, z czego jedna była widocznie zdegenerowana wyrastała spod prawej pachy. Ponad to wydawało się być praktycznie obdarte ze skóry, a jedyne co byłem wstanie zobaczyć na jego twarzy zanim wszyscy zbiegliśmy to czerwone, użylnione zęby. Tak, użylnione.

Patrzyliśmy na to coś około parę sekund sparaliżowani strachem, a później gazem pobiegliśmy do naszego Humvee zaparkowanego kilka metrów dalej. Co najgorsze, słyszeliśmy za sobą wrzaski tego czegoś nawet kiedy wracaliśmy do bazy.

Kiedy tylko powróciliśmy, czekał już na nas helikopter. Nie muszę chyba mówić jak szybko do niego wsiedliśmy. Tutaj zaczyna robić się tylko ciekawiej. Po dostarczeniu nas do naszej głównej bazy natychmiast nie tylko nas rozdzielono, ale też zabrano każdego z nas do pokoju przesłuchań zarezerwowanego na ogół dla jeńców, gdzie to prawdopodobnie każdy z nas opowiedział dokładnie to co ja piszę teraz tutaj.

Później nigdy ani razu nie widziałem żadnego ze swoich znajomych. Po paru dniach usunięto mnie z wojska i oddano z powrotem do Polski. Przeszukiwałem internet nie raz, nie dwa, ale żadnych informacji o Operacji: Daisy Field nie znalazłem. Ani o Al-Masih ad-Dajjal. Ani o żadnym ze swoich znajomych.

Być może jeszcze się odezwę, musiałbym jednak najpierw pogrzebać w pewnym miejscu...

C.D.N.

Advertisement