Creepypasta Wiki
Advertisement

Jestem Alex. Zaczynałem jako prosty chłopak, interesowała mnie tylko nauka i pomoc w domu. Nie urodziłem się w bogatej rodzinie, jesteśmy stosunkowo biedni. Nie przeszkadza mi to, kocham moją rodzinę i nie zamieniłbym jej na nic innego, jednak... jest ze mną coś nie tak, nie mam lewej ręki. Straciłem ją gdy ogromny, płonący bal przytrzymujący strop mi ją przytrzasnął. Byłem wtedy mały, miałem zaledwie 5 lat. Nasz wcześniejszy dom spłonął. Przyczyny pożaru były nieznane, podejrzewano że został podpalony albo była to wina instalacji elektrycznej. Na swojej lewej stronie ciała mam straszne blizny po poparzeniach drugiego a czasem i trzeciego stopnia. Na szczęście na twarzy ich tak bardzo nie widać. Oczy mam orzechowe, włosy ciemnobrązowe, zazwyczaj rozczochrane, zgolone z tyłu. Na skórze twarzy, która nie została poparzona, widać piegi. Głównie ubieram się w ciemne koszulki, spodnie i używam szelek ponieważ wszystkie spodnie są na mnie za duże. Dobra, koniec tego opisu bo nie po to to piszę.

Początek[]

Pewnego dnia w technikum na lekcji bibliotecznej sięgnąłem po dość ciekawą książkę. Okładka była obłożona pożółkłym papierem. Na niej był tylko napis "zielnik". O ile tytuł nie był przekonujący to postanowiłem zobaczyć oryginalną okładkę, ale zadzwonił dzwonek. Postanowiłem wziąć tą książkę do domu, nic nie wspominając bibliotekarce, bałem się że może mi ją zabrać. Schowałem ją do plecaka i wyszedłem kierując się na autobus. Dzisiaj wyjątkowo wcześnie skończyliśmy lekcje. W autobusie postanowiłem zobaczyć o co tak właściwie chodzi. Orygnalna okładka była cała czarna z białym napisem "cymelium discordium" na samym środku. Postanowiłem przeczytać parę pierwszych stron. Była to księga pisana ręcznie, każda strona zawierała dokładne opisy zaklęć i rytuałów a czasem nawet opisy duchów czy demonów. Niekiedy na marginesach zapisane były uwagi autora, czasem jakieś rysunki. Na następnych stronach pismo zaczynało się zmieniać, jakby pisali to różni ludzie, ostatnie kilka stron było pustych. Nigdzie nie było żadnego podpisu czy chociaż jakichś wskazówek jak chociażby miejsce zamieszkania. "Ciekawe... " pomyślałem. Schowałem zeszyt do plecaka i resztę jazdy spędziłem wpatrując się w widoki za oknem.

W domu, wieczorem postanowiłem jeszcze raz przyjżeć się temu zeszytowi. Było tam parę zaklęć, które ponoć mogą pomóc w zdobyciu majątku, niektóre były zadziwiająco proste ja np. pójscie na rozdroże o 9 w nocy i wyrecytowanie jakiegoś wierszyka. "Przecież to banalnie proste!" pomyślałem. Postanowiłem jutro to sprawdzić.

Gdy położyłem się spać zauważyłem jedną znaczącą różnicę w moich snach. Były zbyt prawdziwe. Pierwszy był mało znaczący, stałem na gołej, zimnej ziemii. Byłem ubrany w piżamę więc czułem jak lodowaty wiatr dmucha w moją stronę. Było ciemno,  padało na mnie tylko światło z góry. Dookoła widać było mgłę, miała zapach dymu papierosowego. 


–Halo? – rzuciłem. Skoro był dym to musiał tu być ktoś jeszcze. Niestety w moich uszach dźwięczał tylko mój głos odbijany echem. Nagle kątem oka coś uchwyciłem; jaśniejszy punkt, lecz zanim zdołałem wyostrzyć wzrok mój sen się urwał.

Drugi sen był już bardziej znaczący. Byłem w dość tłocznym miejscu, nie mogłem dokładnie go określić. Wszyscy ludzie byli tylko ciemnymi figurami a jednak czułem jak ich ciała napierają na mnie. Patrzyli tępym wzrokiem w odwrotne strony, stali w bezruchu, jakby ich egzystencja nie miała sensu. Dalej w tłumie ujrzałem mężczyznę. Był wyższy od reszty. Wyróżniał się spośród tłumu swoim długim, ciemno czerwonym płaszczem. Chciałem do niego podejść,  wiedziałem, że muszę. Tłum stawał się co raz bardziej gęsty, a mężczyzna się oddalał. W końcu wszyscy ci nieznajomi odwrócili się w moją stronę, tym razem coś szepcząc. Nie wiedziałem o co chodzi, chciałem coś powiedzieć, albo się ruszyć,  ale kiedy tylko spróbowałem coś pociągnęło mnie w dół. Spadałem teraz w czarną otchłań, widziałem ich oczy nad sobą,  co raz dalej i dalej. Krzyczałem, ale nie słyszałem swojego głosu, słyszałem tylko śmiech... głęboki,  przerażający śmiech.

Obudziłem się cały spocony, serce waliło mi mocno. Spojrzałem na zegarek. 

– O nie, o nie, o nie! Spóźnię się na autobus! – zrzuciłem się z łóżka i w pośpiechu próbowałem jednocześnie sie ubrać i dojeść kanapkę. Byłoby łatwiej z drugą ręką, ale nie narzekam. Szybko spakowałem książki, zeszyt wziąłem do ręki. Wypadłem z mojego pokoju rzucając szybkie "pa mamo" i poleciałem prosto na przystanek. Pierwsze co zobaczyłem gdy wyjrzałem zza rogu to startujący autobus. Biegłem do niego co sił, niestety już powoli odjeżdżał. Wtedy krzyknąłem "STÓJ" i wszystko jakby na chwilę zamarło. Wszystko, poza mną. Widziałem jak autobus tępem ślimaka odjeżdża od przystanku, ludzie zamarli w praktycznym bezruchu, nie ważne czy spieszyli się do pracy czy szli na zakupy. Wszystko stanęło w miejscu. "Woah, ale fajnie" pomyślałem rozglądając się wokół. Spokojnie podeszłem do autobusu a kiedy postawiłem w nim obie nogi wszystko wróciło do normy. Kierowca zachamował ostro pojazd. 

- Jezu, chłopie nie strasz mnie bo zawału dostane! - powiedział. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, jakby nie było to dla nich dziwne, że właśnie z ich perspektywy teleportowałem się do autobusu. 

Kupiwszy bilet usiadłem na miejscu patrząc na zeszyt. "Ciekawi mnie czy to przez to, na pewno to przez ten zeszyt, nie może być inaczej. Ale jak to działa?" Zacząłem się zastanawiać wertując jego kolejne strony. Kątem oka ujrzałem czerwony kolor, szybko odwróciłem wzrok od książki. Niestety to był tylko plecak jakiejś dziewczyny. Jednak sama myśl o tym, że mój sen mógł być prawdą przyprawia mnie o dreszcze.

Po zwyczajnym dniu w szkole, wieczorem przyszykowałem się na małą wycieczkę na rozdroża. Jako, że mieszkam w dużym mieście musiałem z niego wyjechać; nie chciałem wyglądać jak dziwak. Spakowałem do torby kilka rzeczy: latarkę, telefon, coś do jedzenia i picia oraz oczywiście zeszyt. Zabrałem też ze sobą czarny, długi, zapinany sweter z kapturem ponieważ aż tak ciepło w nocy nie jest. Dobra, wszystko gotowe, teraz wystarczy tylko poprosić mame o drobniaki co nie będzie łatwe.  Gdy zszedłem na dół przywitał mnie typowy widok: Mama siedząca na kanapie, zszywająca stare skarpety ojca.  - Mamo, mam pytanko... Chciałbym pojechać do mojego kumpla, razem mieliśmy robić projekt i chciałbym żebyś pożyczyła mi jakieś drobne na autobus - skłamałem. Nie chciałem od niej brać pieniędzy, ale jeśli to zadziała to zwróci nam sie tysiąckrotnie. 

- Hmm, o tej porze? Nie lepiej pojechać do niego jutro? 

- Eee no... - zamyśliłem się - Nie miał wcześniej czasu a jutro akurat wyjeżdża do rodziny także... Mogę?

- No dobra, mam nadzieję, że to nie na jakieś używki... Czy coś. 

- Mamo! - spaliłem się rumieńcem. Ona doskonale wiedziała, że aż takim kobieciarzem nie jestem, z resztą, kto by chciał kalekę jak ja?

Zabrałem pieniądze i ruszyłem na przystanek. Na całe szczęście nie było dużo ludzi a ja się nie spóźniłem. Usiadłem na tylnych siedzeniach i zacząłem dokładnie czytać o tym jak to ma przebiegać i co powiedzieć. Nie chciałem się pomylić. Zaklęcia w nim były czasem bardzo skomplikowane, a złe wykonanie niektórych mogło sprowadzić na prawdę złe rzeczy. A przecież tego nie chciałem, prawda? Przez resztę podróży wpatrywałem się za okno myśląc o tym co się stanie.

Rozdroża[]

Wysiadłem na przystanku na jakimś pustkowiu. Musiałem się cofnąć o kilka metrów by dotrzeć do rozdroża. Stanąłem na środku i wyrecytowałem słowa zapisane w zeszycie. Poczułem powiew chłodu więc założyłem kaptur na głowę. Było na prawdę zimno jak na końcówkę lata. Kątem oka ujżałem jakiś ruch w pobliskich krzakach. Przestraszyłem się, dookoła nie było żadnych domów a jak mnie coś zaatakuje to nawet wzywanie pomocy niewiele da. Złapałem latarkę i poświeciłem w miejsce z którego wydobywał się szelest. Ku mojej uldze był to zwykły gronostaj.

Odetchnąłem głośno po czym zwróciłem się w stronę jezdni.To, co na niej ujrzałem sprawiło, że krew zcięła mi się w żyłach. To był wysoki mężczyzna w czerwonym płaszczu. Ten sam, którego widziałem w moim śnie. Przełknąłem ślinę i skierowałem na niego światło latarki. Stał pochylony w moją stronę jego twarz była ciemna, praktycznie niewidoczna przez jego czarne, długie włosy.  – H-halo? Kim pan jest? – odważyłem się zapytać. Mężczyzna nie odpowiedział, zaczął się do mnie powoli zbliżać. Ja, mocno zdezorientowany chciałem uciec, ale wiedziałem, że za daleko nie ucieknę.

Podszedł do mnie podpierając się na swojej lasce. Zauważyłem, że płacze, ale jego łzy miały dziwny, czarny kolor.  –Powiedz czego chcesz a ja sprawię, że twoja wola się spełni.–powiedział niskim, warczącym głosem. Oddychał ciężko, śmierdziało od niego rumem i papierosami. Zawahałem się chwilę. Tak działa ten zeszt! Czyli mogę go poprosić o cokolwiek... Zacząłem odpływać myślami, ale w końcu otrząsnąłem się. Przyszedłem tutaj nie bez powodu.

– Chciałbym, żeby moja rodzina miała w końcu godne życie i więcej pieniędzy – powiedziałem w końcu.

Mężczyzna zaczął się głośno śmiać, śmiał się identycznie jak w moim śnie. Powiem szczerze, że to był chyba najbardziej przerażający moment. Kiedy skończył szybko powrócił do swojej wcześniejszej postawy.

– Jak sobie życzysz. Pamiętaj tylko, że nie ma nic za darmo, w końcu i ja zbiore swoje żniwo – odpowiedział. W dali zawył wilk, odwróciłem głowę by zlokalizować dźwięk a gdy tylko spojrzałem spowrotem na drogę mężczyzny już nie było. To przeżycie, jego słowa. Co mogło to oznaczać? Czy to znaczy, że moja rodzina popadnie w długi i już się z nich nie wywiąże? Czy przez to sprowadziłem na siebie więcej nieszczęścia? Chciałem tylko pomóc mojej rodzinie, czemu zawsze muszę wszystko tak zepsuć...

Z mojego zamyślenia wyciągnął mnie dźwięk klaksonu. Podskoczyłem i ujrzałem za sobą srebrną osobówkę. Poznałem ją, była to siostra mojego kumpla ze szkoły, całe szczęście...

Natalie podwiozła mnie pod sam dom. Wytłumaczyłem jej, że pomyliłem autobusy. Gdy dojechaliśmy podziękowałem jej i uciekłem na górę. Gdy wszedłem do domu wszystkie światła były pogaszone. Pewnie rodzice poszli już spać. Położyłem torbę przy wejściu do mojego pokoju a ja sam szybko przebrałem się w piżamę i walnąłem się spać na łóżko.

Tej nocy sny ustały, nie śniło mi się kompletnie nic. Wstałem rano i poszedłem na dół by coś zjeść. Pierwsze co ujrzałem to mama przeglądająca listy. Własnie wyciągałem sobie mleko z lodówki gdy usłyszałem jak mama wciąga głośno powietrze a reszta listów upada. –Mamo? Wszystko dobrze?–zapytałem lekko zmartwiony. Ona tylko zakryła usta i patrzyła na kopertę po czym otworzyła ją szybko. Nasypałem sobie płatków i usiadłem przy stole. Gdy tylko spojrzałem na kopertę to już wiedziałem o co jej chodziło. 

– Kochanie! Chodź tu szybko! – krzyknęła wzywając do siebie swojego męża, a ten przybiegł do niej najprędzej jak mógł. Mama przeczytała list a na jej twarzy powoli malował się co raz większy uśmiech.

– W końcu dostałam się do mojej wymarzonej pracy – podskakiwała z radości. Przytuliła i pocałowała mojego ojca a potem zwróciła się do wszystkich.

– W końcu nie będziemy musieli żyć w tej biedzie. Ciekawi mnie co sprawiło, że zmienili zdanie... – chciałbym jej powiedzieć o tym co zrobiłem, ale lepiej mi było cieszyć się jej szczęściem. Czyli jednak to podziałało, nie wiedziałem tylko jak długo możemy żyć w spokoju i radości. Tego dnia wydarzyło się jeszcze pare zaskakujących rzeczy. Znalazłem pięćdziesiąt dolarów na ulicy, ojcu w końcu udało się sprzedać stary samochód za dość dobrą sumę i jeszcze kilka innych wspaniałych okoliczności.

Tak nam minął rok, przeprowadziliśmy się w końcu do nowego mieszkania blisko centrum, ojciec kupił sobie nowe auto, w końcu nie musimy cerować sobie ubrań tylko możemy kupić nowe. Ogółem nasz standard życia wzrósł. Pomimo tego wciąż pamiętałem słowa tego gościa. Pomimo śmiechu nie wydawało mi się żeby żartował.

Była to rocznica zawarcia mojego "paktu". Właśnie wracałem do domu ze szkoły, już dawno zapomniałem o tym zeszycie, dostałem to co chciałem więc był mi już zbędny. Było już późno a ja padałem z nóg, postanowiłem się położyć spać wcześniej. Po odrobieniu zadania domowego i wieczornej toalecie położyłem się spać. Pamiętam, że zasnąłem dość szybko.

Znalazłem się w tym samym miejscu na rozdrożach. Było ciemno, nawet moja latarka nie rozpraszała wystarczająco tej ciemności, widać było tylko to co stało nie dalej niż trzy metry od źródła światła. Jakby ta ciemność nie chciała ustąpić miejsca najmniejszej odrobince światła. Rozglądałem się wokół, słychać było tylko szum drzew i niekiedy krakanie kruków. Za sobą usłyszałem szelest odwróciłem się, jedyne co ujrzałem to ta sama ciemność, która oblepiała wszystko dookoła.

–Nadszedł już czas – usłyszałem głos, którego nie potrafiłem zlokalizować. Lodowaty wiatr mierzwił mi włosy i powodował gęsią skórkę. Każdy jego podmuch miał ten sam zapach; rum i dym papierosowy. 

– Wyłaź! Wiem, że tu jesteś – krzyknąłem sfrustrowany. Nie będzie się ze mną bawił w ciuciu babkę. Niestety jedyną odpowiedzią jaką dostałem to był śmiech, jego szyderczy śmiech, jak ja go nienawidzę. Nagle gdy tylko się odwróciłem ujrzałem światła ciężarówki i przerażający klakson, jechała prosto na mnie. Chciałem uciekać, ale wiedziałem, że nie dam rady więc tylko zasłoniłem twarz czekając na śmierć.

Obudziłem się na podłodze z kołdrą na drugim końcu pokoju. Pierwszy raz jakiś sen tak mną wstrząsnął. Wstałem z podłogi i zobaczyłem, że wskazówki zegara wskazują dziewiątą w nocy. Nie powiem, lekko mną to wstrząsnęło, ale jednak poszedłem do łazienki umyć sobie twarz, musiałem ochłonąć. Podszedłem do zlewu i ochlapałem twarz zimną wodą, to od razu sprowadziło mnie na ziemię. Jednak gdy spojrzałem na lusterko, za sobą ujrzałem ciemną postać w płaszczu, dokładnie w drzwiach. Moje serce zabiło jak szalone, odwróciłem się, ale nikogo tam nie było. Jedyne co, to okno było uchylone. Otarłem twarz i podszedłemje zamknąć. Chciałem się uspokoić spoglądając przez nie. Miasteczko wyglądało wspaniale. Widziałem jak światła w oknach zapalają się i gasną. Na ulicy panował mały ruch, widziałem autobus właśnie jadący drogą do pobliskiego przystanku. Spojrzałem na chodnik przed domem i poczułem jakbym znów przemył sobie twarz zimną wodą.

Przed wejściem stał mężczyzna w czerwonym płaszczu.

Zapłata[]

Sparaliżował mnie strach, miałem ochotę uciekać ale wiedziałem, że i tak nie ucieknę. Mężczyzna widocznie się niecierpliwił, stał tam i powoli stukał swoją laską o podłogę. Naszła mnie myśl, może uda mi się go jakoś stąd odgonić? Zamknąłem okno i szybko wróciłem do mojego pokoju. Przeszukałem wszystko w poszukiwaniu tego zeszytu.

Kiedy udało mi się go znaleźć przekartkowałem go całego w poszukiwaniu czegokolwiek, jak pozbyć się tego gościa. W końcu natrafiłem na nowszy wpis. Ten gościu to nie jest zwykły gościu, to był duch voodoo. Doczytałem, że pomimo tego, że może wydawać się podobny do innego ducha, który jest o wiele łagodniejszy to ten jest wyjątkowo niebezpieczny. Głośno przełknąłem ślinę i rozpocząłem poszukiwania jak się go pozbyć, ale wpis kończył się słowami "najlepiej tzymać się od niego z daleka, daje ludziom przysługi lecz potem zamienia ich w swoje zombi". Zacząłem drżeć. Nie chciałem stać się kogoś marionetką! Przewertowałem książkę jeszcze raz w poszukiwaniu jakichkolwiek podpowiedzi, ale żaden inny wpis o nim nie wspominał.

Zacząłem płakać, bałem się, dlaczego byłem taki bezmyślny? Siedziałem tak przez kilka minut, nie wiem nawet ile. Próbowałem się przekonać, że to nie tak, że dam radę a to wszystko to sen. Z moich myśli wyrwało mnie stukanie, znajome stukanie laski o drewnianą podłogę. Zbliżało się do mnie a ja w tych emocjach tylko zastygłem, wiedziałem, że nie mogę się ukrywać. Poczułem lodowaty uścisk na moim ramieniu i usłyszałem jego spokojny głos. –Pora już iść–powiedział po czym zaśmiał się cicho. Ja, sparaliżowany nie wiedziałem co zrobić więc wziąłem zeszyt, wstałem i popatrzyłem na niego. Jego oczy były kompletnie czarne a z nich wypływały równie czarne łzy, jakby płakał nade mną.

Mężczyzna pstryknął palcami a ja nagle poczułem jakby coś rozsadzało mnie od środka. Moje wnętrzności zaczęły się skręcać, kończyny piekły jakby w żyłach płynął mi sam ogień, przed oczami miałem nicość niekiedy przerywaną obrazami martwych osób, prawdopodobnie tych, które zabił ten duch. Później, jedyne co pamiętam to ciemność.

Obudziłem się rano, jakby nic się nie stało. Pomyślałem, że to sen, ale porozrzucane rzeczy na podłodze na to nie wskazywały. Zobaczyłem że zeszyt ciągle mam w ręce, zerknąłem do niego ale jednak coś się zmieniło. Zaraz po ostatnim wpisia widać było nowy, świeży... co gorsza rozpoznałem swoje pismo. Przeszedł mnie dreszcz. Wpis nie różnił się od innych, były to jakieś nieznaczne zaklęcia na wygranie sprawy w sądzie. Panicznie zacząłem przyglądać się sobie, czy coś się nie zmieniło. W końcu gdy dotknąłem swojej twarzy poczułem coś mokrego, spojrzałem na rękę. To były czarne łzy.

Wbiegłem do salonu i zobaczyłem powywracane meble i potłuczone szkło. W kącie zauważyłem moją mamę, siedziała płacząc i przytulając się do własnych nóg. Gdy tylko podszedłem ona zaczęła do mnie krzyczeć, panicznie się mnie bała, mówiła, żebym nie podchodził bo mnie zadźga. Ja się jej posłuchałem, stanąłem w bezruchu i nagle do mnie coś dotarło.

Bez zastanowienia ubrałem się w ten sam sweter co wtedy, wybiegłem z domu miałem w kieszeni drobniaki i wybrałem się na to samo rozdroże co wcześniej. Gdy tylko tam dotarłem wypowiedziałem tą samą inwokację co wtedy i znowu pojawił się on. Tym razem napełniony nieokreśloną odwagą zacząłem:

– Czemu to robisz? Czego ode mnie chcesz?! – wykrzyczałem. Mężczyzna tylko stał i czekał na to aż się uspokoję. Oczy i część twarzy miał zasłonięte kapeluszem jakby nie chciał się pokazywać. Ostatecznie odpowiedział na moje pytania.

– Jesteś mi winien przysługę. Byłeś głupi, dlatego oszczędziłem ci życie. Ale musisz się nauczyć, że nie ma nic za darmo. Jeśli chcesz żyć musisz mi się też przysłużyć, wtedy nie stanie się nic ani tobie ani twojej rodzinie – powiedział spokojnym tonem.

Emocje we mnie trochę się ostudziły. No pewnie, muszę mu coś dać, wtedy odczepi się ode mnie. Postanowiłem, że to zrobię, nie ważne co to jest, byle żeby nie dręczył mojej rodziny.

– Dobrze, powiedz co mam zrobić – westchnąłem. Mężczyzna uśmiechnął się.

– Widać dalej nie masz za dużo rozumu. Musisz oddać mi część swojego umysłu i ciała. Będę pożyczać sobie twoją postać– powiedział dalej się uśmiechając, po czym dodał – Będziesz miał trochę swojej świadomości, lecz czasem to ja będę decydował o tym co robisz. Musisz tylko odłączyć się od swojej rodziny.

– A-ale... – Słowa ugrzęzły mi w gardle. Przełknąłem ślinę by sobie pomóc. To była trudna decyzja, alejedyna jaką mogłem podjąć. Za bardzo zależy mi na mojej rodzinie.

Nastała chwila ciszy, przemyślałem już co mam powiedzieć i zebrałem się na odwagę. – Dobrze, jeśli zostawisz moich bliskich w spokoju. 

– Glupiec – Mężczyzna znowu się zaśmiał a potem rozpłynął się w ciemny dym. Myślałem, że to koniec, lecz gdy tylko się poruszyłem poczułem podobne uczucie do wczorajszej nocy. Tym razem było silniejsze, lecz gdy ustąpiło dalej miałem swoją świadomość. Nie wiedziałem gdzie pójść, lecz głos w mojej głowie powiedział mi, że mam udać się do pobliskiej wioski, tak więc zrobiłem.

Otwarta Droga[]

Stałem przed palącym się budynkiem, kiedyś największym strachem, teraz przeklętym błogosławieństwem. Teraz wiedziałem dlaczego mój dom został podpalony, teraz wiem, że tak musiało być. Zadzwoniłem po straż pożarną, udawałem jednego z gapiów, choć ja wiedziałem, że to było moje dzieło. Kto by podejrzewał małego, niepełnosprawnego chłopca? Gdy tylko usłyszałem syreny wiedziałem, że czas odejść. Nie chciałem tego robić, ale musiałem inaczej nie ochroniłbym bliskich.

Tak rozpoczął się kolejny etap mojego życia i poszukiwanie kolejnej osoby, do której kolejno trafi ten zeszyt. Otarłem ciemną łzę z policzka a potem zwróciłem w stronę leśnej ścieżki gdzie czekała na mnie otwarta droga w przyszłość.

Advertisement