Creepypasta Wiki
Advertisement

Ile czasu minęło, odkąd tu jestem? Tydzień? Miesiąc? Może rok? Nie wiem, nie obchodzi mnie to teraz. Straciłem już rachubę czasu. Skąd... skąd miałem wiedzieć, że tak się stanie? CO TO K***A BYŁ ZA DŹWIĘK?! Czy to on?! Zbliża się?! A może mam już paranoję?! Mogłem posłuchać tego faceta! Opowiem wam o tym, co się wydarzyło, kim jestem i o co mi chodzi. Nazywam się Artur, mam 15 lat, mieszkam od jakiegoś czasu w Berlinie, a całą historię piszę ze smartfona. Urodziłem się w Polsce, ale rodzice postanowili jakiś czas temu przeprowadzić się do Niemiec. Zawsze lubiłem historię o duchach i tego typu rzeczy. Dlatego zaciekawiła mnie historia o nawiedzonym szpitalu psychiatrycznym. Znajdował on się 5 kilometrów na północ od miasta. Postanowiłem się tam wybrać, więc wziąłem telefon, latarkę i pojechałem tam na swoim rowerze. Był to wysoki, stary, biały, podniszczony budynek z zabitymi oknami. Postawiłem rower pod ścianą i skierowałem się do drzwi wejściowych. Jednak zanim dotknąłem klamki, ktoś położył mi rękę na lewym barku. Obejrzałem się i zobaczył dosyć wysokiego mężczyznę w białym swetrze i dresowych spodniach. Wyglądał na jakieś 50 lat. Powiedział do mnie skrzekliwym głosem:

- Jeśli chcesz pozostać przy życiu, nie wchodź do środka. Bo jeśli to zrobisz, już nigdy stamtąd nie wyjdziesz.

Spojrzałem na niego jak na świra i powiedział:

- Spadaj, dziadu. Nie po to tłukłem się taki kawał drogi, żeby zaraz wrócić.

Chwyciłem klamkę i pchnąłem drzwi. Wszedłem do środka budynku. W środku śmierdziało stęchlizną i wszędzie panował okropny bałagan. Było strasznie ciemno, więc włączyłem latarkę. Nagle usłyszałem czyjeś głuche kroki, które wydawały się pochodzić gdzieś z góry. Wszedłem po dosyć zniszczonych schodach na pierwsze piętro, jednak nikogo tam nie było, a kroki wciąż wydawały się dobiegać gdzieś z góry. Wszedłem więc jeszcze ze 2 piętra na górę, aż zobaczyłem, że jeden z pokoi w których zazwyczaj siedzieli wariaci był otwarty, a na dodatek błyskało w nim lekkie światełko. Szedłem więc powoli korytarzem do tego pokoju, a gdy w końcu do niego dotarłem, zobaczyłem horror. Po pokoju chodził pochylony, łysy mężczyzna z rozdartą klatką piersiową. W ręce trzymał czyjeś serce, a w całym pokoju były porozrzucane wnętrzności. Oprócz tego był tam stół chirurgiczny, na którym leżało dużo zakrwawionych przyrządów operacyjnych. Światło, które widziałem, to światło świecy, która stała przy drzwiach. Mężczyzna zatrzymał się nagle i spojrzał na mnie. Upuścił serce, które z ohydnym plasknięciem spadło na podłogę opryskując czysty skrawek krwią mężczyzna podszedł do stołu, wziął skalpel i zaczął zbliżać się do mnie. Natychmiast zacząłem uciekać. Słyszałem jego kroki za mną, kiedy mnie gonił. Zbiegłem na parter, gdzie powinny czekać na mnie drzwi, ale ich tam nie było. Na ich miejscu była zwykła ściana. Słyszałem kroki tego potwora, bo człowiekiem bym go nie nazwał. Ukryłem się za recepcją. Słyszałem jego ciężki oddech i ciężkie kroki, gdy chodził tak szukając mnie. Czekałem, aż sobie w końcu pójdzie. Po jakimś czasie nareszcie odszedł. Wyszedłem zza recepcji i zacząłem szukać jakichś okien, przez które mógłbym uciec. Niestety ich także nie było. Parę razy nawet próbowałem wybić jakąś wyrwę w ścianie, lecz nic to nie dało. Raz, w akcie desperacji, próbowałem podciąć sobie żyły, jednak ku mojemu przerażeniu, nie poleciała nawet kropla krwi. Zrozumiałem, że stąd nie ma ucieczki, że zostanę tu na zawsze. Wybaczcie, ale bateria mi się kończy, więc będę musiał to zakończyć. Poza tym... słyszę już, jak On zbliża się do mojej kryjówki.

Advertisement