Creepypasta Wiki
Advertisement

Jestem hydraulikiem, pracuję w okolicach Kołobrzegu, ale to w zasadzie się nie liczy. Liczy się to, co mam wam do przekazania – pewnego dnia zadzwonił do mnie klient i powiedział, że coś "wali mu w rurach", a w nocy toaleta wydziela dziwne odgłosy, klapa się podnosi i rozchlapuje się na podłogę, zupełnie jakby coś utknęło w opływie. Na początku uznałem to za martwego szczura lub spory kawałek masy kałowej lub inne zanieczyszczenie, toteż szybko przyjechałem na miejsce.

Próbowałem wypychać udrażniaczką oraz rozpuszczać Kretem, ale rura nadal dziwnie huczała. Uznałem, że sprawa się pogarsza, kiedy to po próbie odkręcenia muszli klozetowej, zaczęła wypływać z niej dziwna, obrzydliwa, żółta, kleista maź, przypominająca konsystencją śluz ślimaka, kiedy posypie się go solą. Nawet nie dotykałem, bo miałem wrażenie, że musiałbym to później ścierać ze skóry pumeksem. Zapytałem się więc właściciela toalety, czy to pierwszy raz, kiedy owa maź się pojawia, a on odparł, że wypływała z odpływu ilekroć próbował używać swojej domowej przepychaczki. W końcu uznałem, że problem tkwi gdzieś głębiej w rurze, ale aby tam się dostać, musiałem otworzyć zbiornik szamba.

Wyszedłem na dwór, ubrałem maskę ochronną, a następnie z pomocą właściciela domu otworzyłem właz. W swojej pracy swoje widziałem, toteż byłem przyzwyczajony do smrodu. Kożuch był taki gęsty, że nie byłem w stanie zobaczyć, jak głęboko sięgają fekalia. Co dziwne, zauważyłem, że na górze kożucha od czasu do czasu pojawiają się spienione bąble, podobne do tych, jakie formują się wokół słomki w napoju, do której się dmucha. Momentalnie pomyślałem, że ktoś wpadł do środka, toteż powiedziałem mojemu asystentowi, żeby przywiązał linę do drzewa, a potem wziąłem głęboki oddech i zsunąłem się w jej dół do wnętrza zbiornika. W środku cuchnęło okropnie, smród ten porównać można do trzymania nosa kilka centymetrów blisko zapchanej, wypełnionej moczem i biegunką toalety, ledwo mogłem oddychać. Kiedy tylko jednak zbliżyłem się do kożucha, bąble zniknęły. Wyjąłem z kieszeni latarkę i zaświeciłem, kurczowo trzymając się liny drugą ręką oraz nogami. W pewnym momencie jednak wyślizgnęła mi się ręka i z przerażeniem wpadłem do środka.

Zacząłem krzyczeć, powoli opadając na dno, desperacko starając się złapać linę, na początku całą dłonią, później palcami, a na końcu jego koniuszkami, aż w końcu cały aż po szyję byłem zanurzony w masach kałowych oraz nieczystościach. Desperacko starając się nie zwymiotować do maski, spojrzałem w dół i z jeszcze większym przerażeniem niż wcześniej zauważyłem, że wciąż się zapadam. Wydawało się, że ten zbiornik nie ma dna.

Mój asystent spojrzał w dół włazu, krzyknął, a następnie również wpadł do brązowej mazi, uderzając kożuch rękami, jakby topił się na basenie. Nagle usłyszeliśmy pod sobą przeraźliwy, głośny chlust i zaczęliśmy powoli zanurzać się w nieczystościach. Zaczęły mi się wlewać do maski, asystent wymiotował przez nos, kaszląc straszliwie. Trwało to przez pół minuty, aż w końcu wypadliśmy w jakimś dziwnym, podobnym do jaskini miejscu. Spojrzałem w górę i zauważyłem, że nieczystości spadają w dół do jakiejś dziwnej kraty na dole, znikając w ciemnościach. Wyglądało to jakby ktoś przez przypadek wywiercił dziurę w ziemi, przerywając szambo, które to teraz korzystało z jaskini jako dodatkowego zbiornika, który od czasu do czasu jakimś niewidocznym dla mnie mechanizmem opróżniał się w dół przez kratę.

Asystent nadal wymiotował, przecierając sobie oczy i ciężko dysząc, podczas gdy ja rozglądałem się dookoła. Wszędzie było pełno trupów – głównie hydraulików, wywoźników nieczystości, a także paru ludzi, wyglądających na YouTuberów, w maskach tlenowych, jeszcze trzymających w rękach smartfony. Twarze wszystkich były wykrzywione w grymasie przerażenia, wydawali się oni być zgnieceni w paru strategicznych miejscach, jakby ktoś zwalał na nich ostro zakończone kłody. Momentalnie wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem pod 997, starając się przekrzyczeć mojego panikującego asystenta, kiedy to zauważyłem, że z ciemności zaczyna wychodzić coś dziwnego. Na początku wysunęły się wielkie szczypce, a potem odnóża. Sporo odnóży, jak u gigantycznego pająka, ale to nie był pająk. Pająki nie są wielkości psów, nie mają okrągłego ciała bez odwłoka. To coś wyglądało bardziej jak ogromny, owłosiony, czarny kosarz, ze szczypcami jak u kraba lub skorpiona, a także naprawdę dużą ilością odnóży z wieloma stawami, po ośmiu na każdym. Nie posiadało to jednak typowego dla pajęczaków otworu gębowego z nogogłaszczkami i szczękoczułkami, zamiast tego posiadając niepokojące... Usta. Wyszczerzone usta pełne ludzkich zębów, z czego niektóre z nich były dłuższe i przypominały sekatory, jak u szczura lub bobra. Nie miało to ani oczu, ani czegokolwiek, co je przypominało, zauważyłem natomiast coś, co przypominało skrzela, znajdujące się tuż nad ustami. Z każdym wdechem i wydechem wydawały one dziwny odgłos, przypominający rozdzieranie papieru.

Pomimo sparaliżowania strachem, zaświeciłem na to stworzenie latarką, nie otrzymując jednak od niego żadnej reakcji, nadal stało w miejscu. Zauważyłem, że gęste włosy na jego ciele są pokryte drobinkami zaschniętego kału, z niektórych kapała woda. Kiedy tylko mój asystent zorientował się na co patrzy, zaczął ponownie wrzeszczeć, wtedy to stwór w końcu ocknął się i odwrócił w jego stronę.

– Nie ruszaj się. – mruknąłem do niego, myśląc, że to, czego uczyli mnie o wściekłych psach w podstawówce, zda egzamin w wypadku tego czegoś, ale on nadal krzyczał, a co gorsza zaczął się wycofywać.

Ten potwór wskoczył na niego jak jakiś wściekły świerszcz i zanim mogłem cokolwiek zrobić, złapał jego szyję kleszczami, a następnie z obrzydliwym chrzęstem pękających mięśni oraz kręgosłupa po prostu odciął jego głowę, która opadła na ziemię z tąpnięciem. Prawdopodobnie krzyknąłbym i zaczął dostawać palpitacji z powodu mojego stanu zdrowia, gdyby nie to, że w tym momencie adrenalina zaczęła dopływać mi do żył. Usłyszałem w oddali na górze syreny policyjne, toteż wpadłem na pewien pomysł, jak kupić sobie trochę czasu. Stary trik filmowy — podniosłem z ziemi kamień i rzuciłem nim w otwór w kracie pośrodku jaskini. Dziwne stworzenie odwróciło się w jej stronę, a następnie powoli do niej poczłapało, rozszerzając swoje obleśne, pokryte szlamem skrzela. Mogłem usłyszeć jak policjanci zatrzymują radiowóz przed domem, a następnie wychodzą z niego.

– Gdzie to szambo?

– Tam jest... Ktoś otworzył właz.

– Wpadł do środka, zadzwońcie na karetkę.

– Puste... Widzicie, puste! W środku nie ma kału...

Stwór spojrzał w górę, a następnie wydał z siebie odgłos przypominający plunięcie, i coś przypominającego biały szlam wystrzeliło z jego ust. Mogłem usłyszeć krzyki na górze, kiedy to do jaskini z chrzęstem pękających kości spadł jeden z policjantów, tylko po to, aby to stworzenie następnie zatopiło w nim swoje siekacze. Wyjąłem z kieszeni swoich ogrodniczek klucz francuski, a następnie szybko podbiegłem do tej przeklętej abominacji i z całej siły uderzyłem w nią tępym narzędziem. Za pierwszym razem nie stało się nic, stwór nie wydał nawet piśnięcia. Drugie uderzenie spowodowało lekką deformację powierzchni ciała, trzecie spowodowało natomiast, że stworzenie wgniotło się jak przekłuta piłka, tryskając z miejsca, w które trafiłem, lepką, żółtą mazią, podobną do tej, która wypływała z toalety klienta. W momencie, w którym wyjmowałem klucz, do środka zsuwali się już policjanci na drabinie.

Po tym, co się stało, oddelegowano mnie do klienta, zamknięto mnie w pokoju, a następnie rozkazano, żebym nigdy nikomu nie mówił, co tu się wydarzyło. Klientowi wyjaśniono, że w szambie zalęgły się szczury, a on łyknął to jak pelikan. Asystenta jak i policjanta odwieziono w plastikowych workach, przyczyna zgonu – "utonięcie". A to stworzenie? Nigdy go już nie widziałem. Cokolwiek to było, mam nadzieję, że było tylko jedno.

Advertisement