Creepypasta Wiki
Advertisement

Położyłam się na twardej kanapie. Sprężyny materaca niemiłosiernie wbijały mi się w kręgosłup, ale cóż poradzić. Lepsze to, niż nic. Zamknęłam oczy z cichą nadzieją, że trochę sobie ulżę drzemką, lecz sen nie nadchodził. Wierciłam się przez kilkanaście minut, ale bez rezultatów. Zrezygnowana podniosłam się i usiadłam na brzegu kanapy. Zmęczona i spocona po całym dniu pełnym nowych wrażeń dźwignęłam się na nogi i leniwie podążyłam do kuchni. Odruchowo otworzyłam drzwi lodówki... i zastałam ciemne wnętrze. Czego ja się właściwie spodziewałam? W końcu nawet nie raczyłam podłączyć wtyczki do gniazdka, a co dopiero wypakować tam jedzenia... Właśnie. Nie zabrałam jedzenia. Po prowiancie zjedzonego już po drodze do miasta nie zostało nic. Miałam w portfelu tylko banknot dwudziestozłotowy i obietnicę od opiekunów domu dziecka, który jeszcze niedawno był moim domem, że co tydzień będą mi przysyłać sto złotych oraz opłacać w dziewięćdziesięciu pięciu procentach rachunki, aż nie ukończę osiemnastego roku życia. Niestety, nie pomyśleli o tym, żeby mi dać pieniądze "na start", a że był czwartek, to moje marne dwadzieścia złotych miało starczyć aż do poniedziałku. Nie wiem, jak dam radę, ale muszę mieć nadzieję. Jakąś mieć trzeba.

Zamknęłam drzwiczki, obróciłam się na pięcie, a następnie podeszłam do nieco przybrudzonego okna i wyjrzałam na zewnątrz. Omiotłam spojrzeniem podwórko. Nie wyróżniało się niczym od pozostałych, które widziałam w ciągu kilkunastu lat swojego życia... No, może tylko brakiem dzieciaków latających za piłką i krzyczących wniebogłosy. Brakowało mi tego, bo już tak mi to weszło w krew, że gdy tylko wyglądałam za małe okienko swojego pokoju w domu dziecka, to słyszałam śmiechy i ogólną wrzawę, którą tworzyły bawiące się dzieci, w tej chwili grobowa cisza zaczęła mnie przerażać. Zmarszczyłam brwi. Niemożliwe, by wszystkie, a to wszystkie w tym samym czasie odrabiały lekcje, czy jadły obiad. Gorączkowo szukałam wzrokiem chociażby jednej pociechy. A co jeśli nikt nie ma w okolicy dzieci? Nie, niemożliwe. Osiedle było dość duże.
Wtedy dostrzegłam małą, skuloną dziewczynkę bawiącą się czymś pod ścianą jednego z bloków.

Odetchnęłam z ulgą. Jednak nie będzie mi doskwierała dłużej nieznośna cisza za oknem. Dziewczynka czeka pewnie na resztę swoich roześmianych koleżanek, żeby mogły rozpocząć zabawę... No właśnie, czym? Już miałam się oderwać od okna, ale się cofnęłam i popatrzyłam z zaciekawieniem na małą uważniej. Może ma tam kolekcję lalek? Dziewczynka niestety siedziała do mnie tyłem, więc musiałam odczekać dłuższą chwilę, aż się odwróci. Kręciła tą swoją małą główką, pokrytą krótkimi niesfornymi tęczowymi włosami i bawiła się dalej, nieświadoma, że jest obserwowana. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Kolor włosów pewnie był przyczyną błagań rodziców o pozwolenie zafarbowania ich bibułą na ulubione kolory dziewczynki. Zabawne, jaki wpływ mogą mieć prośby potomstwa na rodziców.

Tęczowowłosa w końcu odwróciła się w moją stronę. Na jej słodkiej twarzyczce malował się radosny uśmiech. W rączce ściskała coś podobnego do czerwonego sznura. Tylko, że... jej ręka również była umazana od czerwieni, tak samo jak usta. Nie był to radosny uśmiech. Wydawało mi się, że zmienił się w okropny, przerażający, zdający się mówić: "Wiem gdzie jesteś. Widzę cię. Zaraz skończysz tak samo, jak ten nieszczęśnik". Już na wpół przytomna patrzyłam, jak dziewczynka wkłada sobie surowe jelito cienkie (najprawdopodobniej niedawno wyrwane) do ust, przeżuwa i połyka. Robiła to z taką przyjemnością, że aż nogi się pode mną ugięły. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami i poczułam zimne płytki pod sobą. Najwyraźniej upadłam. Po kilku sekundach otworzyłam raptownie powieki, uświadamiając sobie, że przecież to dziecko może lada moment załomotać do drzwi mojego domu... Tyle, że ja ich nie zamykałam na klucz! Szybko podniosłam się z podłogi, pobiegłam do przedpokoju i przekręciłam klucz w zamku. Dla większej pewności nacisnęłam na klamkę, by się upewnić, czy na pewno mój cel został osiągnięty. Jak się okazało, było to prawdą.

Nadal przerażona i roztrzęsiona stałam przez chwilkę pod drzwiami. A co, jeśli miałam po prostu urojenia? To się nie stało naprawdę? Powoli, pełna ostrożności podeszłam do okna i wyjrzałam ponownie. Dziewczynki już tam nie było. Została jedynie rozbryzgana czerwona plama oraz linie wykonane z tej samej substancji, wskazujące na ciągnięcie po ziemi zranionego stworzenia. Trzęsąc się jak osika przeniosłam wzrok w ślad za krwią na chodniku. Po raz kolejny poczułam ostry zawrót głowy, tym razem z większym obrzydzeniem niż ostatnio. Za murkiem wchodzącym do piwnic dostrzegłam ludzkie ciało. Nieruchome. Mężczyzna w średnim wieku pozbawiony był tułowia, jednej nogi, rąk oraz oczu. Usta miał szeroko otwarte, lała się z nich krew, tak samo, jak ze wszystkich innych ran otwartych, tworząc pod sobą dużą kałużę krwi. Dziewczynka najwidoczniej usiłowała ukryć zwłoki, ale nie do końca jej się to udało. Wcześniej zakrywała je swoim ciałem, więc nie rzuciło mi się to w oczy.

Usłyszałam głośne łomotanie do drzwi. Oblał mnie zimny pot. Kolejna porcja ciosów zadanych biednym drzwiom. Nie ruszyłam się, nawet przestałam oddychać, z cichą nadzieją, że ktokolwiek to był, nie wyczuje mnie tutaj. Zapanowała cisza. Mieszkanie było małe, więc nawet stojąc w kuchni, najbardziej oddalonym pomieszczeniu od holu, słyszałam, co się dzieje na klatce. Wówczas do moich uszu dotarły syki i krzyki. To na pewno ta dziewczynka. Próbowała się dostać do środka. Kolejne uderzenia. Moje serce łomotało jak młotem, czy raczej z taką samą siłą, co dziecko walące do drzwi. Oba dźwięki były trudne do rozróżnienia, gdyż po prostu zlewały się ze sobą. Czułam pojawiające się na moim czole kropelki potu. Nie odrywałam wzroku od strony, z której pochodziły dźwięki. Moje nogi zdawały się być wbite w podłogę i tak drętwe oraz ciężkie, że stały się kompletnie niezdolne do ruchu. Nie miałam pojęcia, co robić. Chyba nie pozostało mi nic innego, jak to tylko przeczekać. Tak poza tym, to w którejś z szuflad przecież powinny być noże. Mam czym się bronić.

Łomotanie nie ustawało. Zdaje się, że ta dziewczynka chce zrobić ze mną to samo, co z tamtym mężczyzną. Tylko dlaczego? Przełknęłam ślinę dotychczas zalegającą w moich ustach. Oddech miałam płytki. Okropnie się bałam tego, co może się stać zaraz. Zapanowała cisza. Odpuściła? Stałam nic nie robiąc. Oczekiwałam na jakiś dźwięk. Jakiś znak, że tam nadal jest. Ale nic się nie działo. Przeczekałam około dwóch minut. Cisza. Zdrętwiałe nogi pozwoliły mi na zrobienie kilkunastu kroków do drzwi wejściowych. Wyjrzałam przez wizjer. Po tym, co tam zobaczyłam, aż zatoczyłam się ze strachu do tyłu. Ona nadal tam była. Po prostu patrzyła w wizjer z dołu, pokazując rzędy ostrych jak brzytwy zębów. Wiedziała, że jestem w środku.

I see you
Advertisement