Creepypasta Wiki
Advertisement

Byłem wtedy samotnym ojcem. Moja żona - narcystyczna, złośliwa kobieta, która nie potrafiła zadbać nawet o siebie, także nasz rozwód był mniej lub więcej błogosławieństwem dla mnie. Po rozstaniu, dostałem opiekę nad małym synkiem, który był dla mnie całym życiem. Gdy wciąż żyliśmy w małżeństwie, żona bez przerwy narzekała, że spędzam za dużo czasu z dzieckiem, zamiast poświęcać go jej (pewnie myślała, że zasługuje na uznanie...). Trzymanie tej wiedźmy z dala od domu i mojego chłopca miało wiele zalet, ale też kilka wad. Pracowałem cały czas, więc nierzadko musiałem zatrudniać niańkę albo dzwonić - po starszych już, rodziców. Właściwie, to zazwyczaj prosiłem o to rodziców, ale z czasem przyzwyczaiłem się dzwonić po Marcy - jedyną niańkę, która przychodziła od razu na telefon. Nie lubiłem jej szczególnie, bo zawsze była trochę nieodpowiedzialna. Często, zamiast opiekować się dzieckiem, rozmawiała przez telefon, a za każdym razem, gdy widziała mój samochód na podjeździe, zabierała swoje rzeczy i wychodziła tylnym wyjściem... Była lekkim utrapieniem. Ale nie bardzo miałem wybór.

Pewnej nocy, wszedłem do domu i ją zawołałem. Brak odpowiedzi. Uznałem, że znowu wyszła z tyłu domu, więc zbytnio się tym nie przejąłem. Wszedłem do salonu i zauważyłem, że na schodach stał mój synek, wciąż w piżamach.

- Hej, kolego! -, zawołałem, zanim zauważyłem jego spojrzenie. - Wszystko w porządku, synku?

- Miałem koszmar, tatusiu - powiedział, a następnie zbiegł po schodach i mnie uściskał. - To było takie straszne...

- Co takiego się tam stało? - zapytałem. Ścisnął mnie mocniej.

- Szedłem korytarzem, kiedy usłyszałem Marcy, nucącą na dole. Schowałem się na górze przy schodach, w miejscu, w którym nie mogła mnie zobaczyć i zacząłem patrzyć jak pracuje w kuchni. Po kilku minutach, tuż za nią otworzyły się cicho drzwi do spiżarni. Słuchała tego swojego czegoś do muzyki, więc nie mogła usłyszeć. Ze spiżarni wyszedł nagi potwór z tymi swoimi małymi, czarnymi oczkami... - przeszedł go dreszcz.

- Mów dalej, synku - namówiłem go.

- No więc, potwór patrzył się na nią przez jakiś czas, a potem otworzył szafkę w salonie. Wyszedł z niej kolejny potwór. Marcy była skupiona na swojej pracy i muzyce, poza tym było tak ciemno, że nie mogła go zauważyć. Potwory gapiły się na nią przez chwilę, aż drugi z nich otworzył okno. Za nim był kolejny. Tego też nie zauważyła... więc wtedy, drugi i trzeci otworzyły piwnicę, a wtedy wyszły następne dwa. Tak się bałem, tatusiu... Ale starałem się być cicho i żaden mnie nie zobaczył... - zapłakał chłopak. - Wszystkie z nich patrzyły na Marcy przez parę minut, zanim jeden z nich zaczął ryczeć. Nie usłyszała tego. Ryczał co raz głośniej. Zrobiła dziwną minę i mrugnęła. Modliłem się, aby się nie odwracała, tatku. Ale to zrobiła. Krzyczała i krzyczała i płakała i krzyczała, a wtedy wszystkie potwory rzuciły się na nią. Rozdarły ją na kawałki, a potem zjadły... a kiedy skończyły, zlizały całą krew z podłogi. Wtedy kiwnęły na siebie i wróciły tam skąd przyszły - do spiżarni, szafki, za okno i do piwnicy... a ja po prostu siedziałem na górze, tak się bałem, tatusiu...

Przytuliłem chłopca mocniej, gdy on płakał. Pocałowałem go delikatnie w policzek, aby załagodzić płacz.

- Co się wtedy stało, synku?

- Ja... Wyszedłem, aby poprosić sąsiadów o pomoc. Pomyślałem, że jeśli pobiegnę szybko do drzwi, to mnie nie złapią. Biegłem tak szybko jak mogłem... ale one wszystkie na mnie wyskoczyły, tatku. Były takie straszne. Złapały mnie i już miały mnie zjeść gdy... gdy...

- Co się stało?

Jąkał się, próbując wyszlochać resztę opowieści.

- Możesz mi powiedzieć o wszystkim, synku... Co się stało? - zmierzwiłem mu lekko włosy, kiedy zaczynał wracać do siebie.

- Ja.. ja... Powiedziałem im, że jeśli mnie wypuszczą... Zagadam cię, gdy wrócisz do domu, tak, aby mogły dorwać także ciebie, tatusiu... i oszczędzą mnie.

Przez chwilę panowała cisza. W tym samym momencie usłyszałem serię otwierających się drzwi w całym domu. Syn przycisnął swoją twarz do mojej piersi.

- Tak mi przykro, tato.

Advertisement