Creepypasta Wiki
Advertisement

Poleciałem do Afganistanu sześć miesięcy temu. Miałem żonę i pięcioletnią wówczas córkę — żyliśmy skromnie. Żona nie mogła pracować z powodu fizycznej niepełnosprawności, więc wszyscy utrzymywaliśmy się jedynie z mojej niezbyt wysokiej, żołnierskiej pensji. Można powiedzieć, że przy życiu podtrzymywała nas bardziej nasza wzajemna miłość niż jakikolwiek inne środki.

Tak, tak było. Pamiętam jak obwiniałem się za to, że nie mogłem zapewnić im godnego życia, za to, że nie było dnia, w którym nie chodziłyby głodne. Gdy powiedziałem żonie o moim postanowieniu dotyczącym misji w Afganistanie rozpłakała się. Już nie pamiętam ile razy błagała mnie bym tam nie jechał. Mówiła, że to co mamy w zupełności wystarcza. Ale ja twierdziłem inaczej. Ach, pamiętam jak córka pytała się swojej mamy dlaczego tak strasznie płacze całymi nocami, a ona odpowiadała, że to przez nocne koszmary. Pamiętam jak się z nimi żegnałem. "To bardzo ważny wyjazd kochanie, służbowy" mówiłem mojej córce gdy pytała się dokąd się wybieram "Ale tatuś niedługo wróci". Żonie powiedziałem: "To nasza jedyna szansa". Nagroda pieniężna, którą dostałbym jako weteran mogłaby nieco odmienić naszą sytuację finansową. Może bym awansował? W razie mojej śmierci żona i córka otrzymywałyby dość wysoką rentę, ale szczerze nie rozpatrywałem tej jakże pesymistycznej opcji. "To tylko trzy miesiące".

To było 17 dnia. Pamiętam. Jechaliśmy na zwiad. Samochód, w którym jechałem z moim kumplem znajdował się za dwoma czołgami gdy przejeżdżaliśmy przez pustynię. Pierwszy z nich oddalony od nas o około 50 metrów w pewnym momencie eksplodował. Mina. Pamiętam jak szukałem wśród dymu kawałków ciała moich zmasakrowanych kolegów. Byłoby lepiej gdybym to ja znalazł się w takiej sytuacji.

Był dzień 22. Jeden z oddziałów został wysłany z zadaniem zainstalowania min. Nie wrócili. Tego dnia nie wydarzyło się chyba już nic szczególnego poza kilkoma strzelaninami. Saperów mimo poszukiwań nie znaleziono.

Dnia 29 byłem jedną z osób wyznaczonych do przeprowadzenia ataku na pobliską wioskę. Znaleźliśmy w niej zaginionych saperów. Ich głowy wbite były na zaostrzone w swej górnej części pale, a ich twarze wciąż wykrzywione były w grymasach bólu i strachu. Reszta ich ciał znajdowała się w wykopanych nieopodal dołach pływając w wyprutych z nich jelitach oraz innych organach. Pamiętam, że gdy to zobaczyłem zwymiotowałem, a później upadłem zemdlony na kolana. Ogarniętymi słabością oczami zdołałem zaobserwować reakcje moich kolegów. Jedni zachowywali się podobnie do mnie, natomiast inni wpadali w furię, taką o jakiej nie sądziłem, że jest możliwe aby wystąpiła u zdrowej psychicznie istoty. Znajdujących się w wiosce ludzi — czy to starców czy dzieci, bez wyjątków — zaczęli w bestialski sposób mordować ogarnięci żalem, smutkiem oraz wściekłością. Widziałem dzieci palone żywcem za pomocą miotaczy ognia, kamienowanych starców, gwałcone oraz rozstrzeliwane kobiety. Z tego dnia więcej nie pamiętam nic. Straciłem przytomność na dobre.

Dzień 40. Chłopaki wzięli do niewoli 10 talibów. Przesłuchiwali ich obiecując wolność. Byłem wśród nich. Później trzeba było ich zabić. Pamiętam, że zanim tam pojechałem, z trudnością szło mi patroszenie martwej ryby, wtedy zaś zgłosiłem się na ochotnika do zabójstwa 10 żywych ludzi. Kolega podał mi pistolet. Wykonałem egzekucję strzelając im w głowy. Już się nie bałem. Tak pamiętam. Żadnego poważniejszego uczucia. Może trochę małej satysfakcji choć zupełnie nieuzasadnionej.

Dzień 60. Dzień przed wylotem do domu. Rozmawiałem wtedy z moim dobrym przyjacielem. Powiedział, że nie wraca do domu. Gadaliśmy w pokoju do nocy. Wyszedł gdzieś przed czwartą. Kazał mi tylko pozdrowić bliskich gdy już będę w kraju. Rankiem, prawdopodobnie około godziny szóstej popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Mogłem pójść w jego ślady.

Dzień 64. Myślałem, że ich widzę! Biegli na mnie z karabinami! Byli gotowi mnie zabić... Moja żona mnie obudziła: "Znów miałeś koszmar kochanie". Położyłem się znów nieco spokojniejszy, po zażyciu gigantycznej ilości leków. Przynajmniej było mnie na nie stać gdyż jako weteran wojenny- — Och, jakże chwalebnie to brzmi — rzeczywiście otrzymałem sporą nagrodę.

Dzień 68. Pamiętam! Wtedy im się postawiłem. Rozwaliłem tych sukinsynów! Wyciągnąłem broń i strzeliłem im w głowy. Pozbyłem się ich. Nareszcie dadzą mi spokój!

Dzień 102. Przyszedł mój czas. Ku mojemu zdziwieniu pozwolono umrzeć mi jak należy. Kara: rozstrzelanie. Wina: podwójne zabójstwo.

Advertisement