Creepypasta Wiki
Advertisement
Nie Ten artykuł wymaga poprawy!

Jeśli masz na niego pomysł zajmij się nim. W przeciwnym razie zostanie usunięty.

Kolejny dzień, kolejny poranek. Nazywam się Jack Sunderland. Jestem, a w zasadzie byłem marynarzem w marynarce wojennej Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wszystko za sprawą incydentu, który wydarzył się około rok temu. Od tamtego czasu, zostałem zdemobilizowany i wróciłem do stanu cywilnego, a sam zostałem przeniesiony do szpitala psychiatrycznego, z powodu mojego wyjaśnienia, co się stało. A jako z mojej jednostki zostałem tylko ja, to cóż...

Ale może zacznę od początku. Wszystko zaczęło się w marcu 1943 roku. Jak już wspominałem, służyłem w marynarce, dokładniej na niszczycielu OSS Darkeye. Zadaniem naszej jednostki było głównie eskortowanie konwojów do Australii i Nowej Zelandii z Ameryki północnej. Owe konwoje najczęściej transportowały trywialne rzeczy : prowiant, rzeczy na eksport, choć raz na jakiś czas zdarzą się jakieś okręty mające na pokładzie towary z programu Lend-lease – czołgi, broń, pojazdy i tym podobne.

Do rzeczy. Po tym, jak nasi chłopcy pokonali japońców niedaleko Midway, mogliśmy nieco ograniczyć naszą ochronę, a nasz okręt sam w sobie miał dosyć rozluźnioną atmosferę, z powodu urodzin kapitana. Wiem, na służbie nie wypada pić, ale... tym razem nie posłuchaliśmy się tej zasady.

Późno w nocy, gdzieś tak między czwartą a piątą, zauważyliśmy trzy niezidentyfikowane jednostki. Nasi radiooperatorzy próbowali się z nimi skomunikować, ale na marne. Wreszcie gdy weszły w pole naszego widzenia, wyróżnił się jeszcze jeden szczegół – okręty nie miały żadnych flag.

Skoro o okrętach mowa, to niestety nic o nich nie wiem. Wiem tylko to, że były to co najmniej okręty wojenne, co było bardzo ciekawe, bo nie wiedzieliśmy o żadnych alianckich jednostkach. Japońskie okręty odpadały, ponieważ byliśmy poza ich zasięgiem operacyjnych, nie mówiąc też o statkach i u-bootach Rzeszy Niemieckiej.

Po krótkiej chwili, nieznane łodzie otworzyły ogień w nasz kierunek. Pierwszy, który poszedł na dno był SS Starship, towarzyszący nam niszczyciel, który prowadził nasz konwój. Następne były okręty ładukowe. Próbowaliśmy oddać ogień, ale po raz kolejny, było to na marne.

Kontratak napastników był szybki oraz bardzo śmiertelny dla naszego okrętu. Załoga była spanikowana i pijana, tak więc podobnie jak ich statek, szybko skończyli na dnie oceanu spokojnego.

Jako że przespałem całą imprezę, miałem szczęście i udało mi się zdobyć ponton. W tamtym momencie, czułem się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. W gumowej łódce miałem też towarzysza – znajomego po fachu, inżyniera imieniem Dave Lucas. Ten podobnie jak ja, nie miał okazji uczestniczyć w imprezie, bo jak sam stwierdził „ktoś musiał obserwować kadłub i silnik”. Razem popłynęliśmy w kierunku gwiazdy północnej, gdyż najbliższa baza morska znajdowała się co najwyżej jakieś kilka dni dryfowania. Moglibyśmy też mieć szczęście i trafić na jakąś jednostkę poszukiwawczą, ponieważ odnoszę wrażenie że dowództwo raczej zaniepokoiło by się nagłym zniknięciem jakiś trzech łodzi.

Po trzech dniach duża ilość mgły nagle pojawiła się koło naszego pontonu. Jakbyśmy zbliżyli się do jakiegoś stałego lądu.

Moje przypuszczenia okazały się prawdziwe – wyspa! Tylko, było z nią coś... nie tak. Mgła nie zniknęła, wręcz przeciwnie, jej ilość wręcz się podwoiła. Piasek również był niezwykły – Był jakiś... kleisty, a sam w sobie miał dziwną barwę, był wręcz fioletowy.

Zignorowaliśmy to, i ruszyliśmy wgłąb lądu. Tutaj mgła lekko odpuściła, dając nam możliwość zbadania choć trochę obecnej lokacji.

Gleba była bardzo twarda, miała nieco zielonkawy odcień a w dodatku wydawała fetor, jakby była spleśniała. Trawa, choć jej ostrza były bardzo rzadkie, posiadała bardzo ciemny purpurowy kolor. Drzew było jak na ranę, a jeżeli jakieś już były, to były one bez liści, martwe.

Razem z Davem postanowiliśmy zrobić ognisko na pobliskim wzgórzu, a choć powinienem powiedzieć że to był malusieńki pagórek. Jako że był to już wieczór, musieliśmy się spieszyć z naszym zbieractwem.

Postanowiliśmy że będziemy robili warty ze zmianami co trzy godziny, bo zawsze moglibyśmy trafić na patrol Japończyków, choć z perspektywy czasu mogę powiedzieć z pewnością, że to nie była żadna znana wyspa. Żadna z wysp Marshalla, żadna zbadana wyspa Polinezji.

Noc zapadła dość szybko, a ciemność wydawała się wręcz egipska. W połączeniu z mgłą, zobaczenie czegokolwiek w promieniu pięćdziesięciu metrów było wręcz niemożliwe. Podczas mojej warty zauważyłem też jeszcze jeden szkopuł – dźwięk, a raczej jego brak. Wiem, że ów wyspa jest raczej opuszczona bądź bezludna, ale nie było słychać absolutnie nic, poza płonącym drewnem.

Następny dzień wreszcie nadszedł, i zaskoczył nas tym, że mgła zniknęła. Kompletnie. Nie było po niej ani jednego śladu.

Dave i Ja zastanowiliśmy się nad naszymi przyszłymi akcjami, i jednomyślnie zdecydowaliśmy się na eksplorację tego dziwnego i dziewiczego lądu. Ruszyliśmy na północ, a po kilku minutach trafiliśmy na małą rzeczkę, i poddaliśmy próbie przysłowie, że przy każdej rzece jest cywilizacja.

Krocząc przez twardą ziemie, przyglądałem się wodzie w rzece. Była ona fioletowa, i miałem takie wrażenie, że nawet za wszystkie chińskie państewka jej bym nie wypił. Wreszcie, powędrowaliśmy do czegoś, co przypominało dżunglę - dużo tych martwych drzew, ale tym razem były one w akompaniamencie pnączy, również w kolorze fioletowym.

Dave nie wyglądał zbyt dobrze. Z naszych rozmów udało się wywnioskować, że biedak cierpi na chorobę morską, choć jakimś cudem udało mu się dostać na statek, ale objawy tej choroby nie przestały się pokazywać w chwili, gdy zeszliśmy na ląd, wręcz przeciwnie, pogorszyły się. Możliwe że to było tylko odwodnienie, ale po jakiś kilku minutach marszu, nie wytrzymał i rzucił się do strumyka. Próbowałem go odciągnąć od wody, ale na nic. Skąd on nagle miał tyle siły?

Po degustacji trunku, odtrącił mnie, zaczął niekontrolowanie krzyczeć, a następnie pobiegł gdzieś wgłąb wyspy. Ostatnia rzecz, którą zapamiętałem o nim, to jego oczy – z niebieskich zmieniły się na krwistoczerwone.

Po tym incydencie, straciłem przytomność na nie wiadomo ile, ale wreszcie obudziłem się, w tym samym miejscu co ostatnio, tylko że tym razem było ciemno jak pod poduszką. Nie mając już nic co ze sobą zrobić, wyruszyłem dalej.

Po raz kolejny, po kilku godzinach marszu, znalazłem jakieś miejsce na ognisko, i zrobiłem postój. Tym razem również było cicho, do czas. Po jakiejś godzinie, mój słuch nawiedził szept. Był on niczym wiatr, co było samo w sobie dziwne, gdyż nigdy nie miałem styczności z wiatrem od czasu przybycia na wyspę. Na początku było to bardzo sporadyczne, ale było to wystarczające, aby mnie odciągnąć od snu. Z postępem nocy, szepty zaczęły być coraz bardziej nieznośne. Po dwóch godzinach tej mentalnej tortury, nie wytrzymałem i wyruszyłem po raz kolejny w drogę, cały czas podążając rzeczką.

Wreszcie trafiłem na bardzo, bardzo dużą górę, która wydawała się pojawić znikąd. Mając nadzieję, że mógłbym coś znaleźć na niej, zacząłem się na nią wspinać. Wspinaczka poszła wyjątkowo gładko, biorąc pod uwagę tutejszą glebę.

Na samym czubku góry, napotkałem bardzo dziwną konstrukcję. Było to dosyć prosty, kamienny ołtarz wykonany z tajemniczego zielonego kamienia. Towarzyszyły mu cztery filary, które również były wykonane z tego materiału. Co też było interesujące z perspektywy czasu, wszędzie walały się kości wszelkiej maści : kości ręki, nóg, czaszki i piszczele. W mniejszości były to kości zwierzęce, ale większość z nich była ludzka. Najbardziej fascynująca jednak okazałą się czaszka, leżąca na ołtarzu. Wyglądała... ludzko, ale jakby była trochę dłuższa i szersza, a sama w sobie nie miała typowych oczodołów i dziur nosowych. Może to był jakiś bożek miejscowych?

Obok tej czaszki leżał sobie nóż, wyglądający na dosyć stary, choć nadal opierający się rdzy. Jego ostrze było dosyć duże, a jeżeli miałbym porównać do jakiegoś innego typu ostrza, najbliższy byłby chyba nóż Bowiego. Posiadał zdobioną rękojeść, które miało jakąś inskrypcje, choć nie mogłem jej rozszyfrować. Wziąłem go do ręki. Bardzo dobrze się go trzymało.

Nagle, usłyszałem jakiś trzask. Spanikowałem, i natychmiast schowałem się za filarem, rzucając ostrze na ołtarz.

Kilka chwil później, usłyszałem sapanie. Głośne, ciężkie. Później tupanie. Potężne, ale zarazem powolne. Moja ciekawość zwyciężyła, i obejrzałem, co to u licha było.

To, co pojawiło się na tej górze przekroczyło wszelkie moje oczekiwania. Nie mogłem uwierzyć, ale ten stwór to był... był... Dave. Wyglądał... inaczej od naszego spotkania.

Przede mną stał on. Wielki, fioletowy stwór. Jego dawny biały mundur był w strzępach, podobnie jak jego podkoszulek, pokazując jego fioletowe, ohydne cielsko. Jego włosy kompletnie wypadły, czyniąc go łysym. Jego oczy, podobnie jak podczas naszego ostatniego spotkania, były czerwone, ale tym razem nie tylko jego źrenice były czerwone, ale całe jego gałki oczne. Nogi mojego byłego towarzysza były ledwo widoczne, ale wydawoło się, że zrastały się w jedną, fioletową całość.

Dave mamrotał coś do siebie, i kroczył w stronę ołtarza. Kiedy wreszcie znalazł się przy nim, stanął jak słup soli. Zwrócił swój wzrok na mnie. Patrząc się na mnie, wziął sztylet i zaczął wymawiać inkantację :

Ekhaya lakhe eR'lyeh, uChulhu ofile ulamlindele.

Po wymówieniu tej formuły, dźgnął się w klatkę piersiową. I jeszcze raz. I po raz kolejny, cały czas wymawiając te słowa. Kiedy wreszcie przestał, bezwładnie upadł na ziemie.

Podbiegłem i przykucałem od niego. Jego fioletowa krew wypływała z jego ust, i kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się i ostatnim tchem swoich sił powiedział, że przeprasza.

Przeprasza? Przeprasza za co?

Chwilę później, cała powierzchnia zaczęła drgać, jakby cała wyspa nagle miała zatonąć jak Atlantyda. Odwróciłem się w stronę ołtarza, i zobaczyłem wielką, zieloną formę. Ogromne cielsko, które bardziej przypominało galaretę, choć miałem wątpiliwości że mógłbym opisać tą kreaturę. Ostatnim zrywem odwagi, spojżałem się w góre, próbując zobaczyć czy to coś miało jakąś twarz, i natychmiastowo urwał mi się film.

Po tych wydarzeniach obudziłem się w szpitalu w Wellington. Dowiedziałem się, że jakaś łódź rybacka znalazła mnie gdzieś na morzu, dryfującym na desce. Podczas mojego pobytu dowiedziałem się, że nasza eskorta najwidoczniej została zatopiona podczas sztormu, a sam zostałem wysłany do jednostki piechoty morskiej w Kalifornii. Kilka tygodni później, mój przełożony powiadomił mnie, że zostałem wydalony z wojska. Jak sam twierdził, było to za to że "widział za dużo jak na zwyłego marynarza".

Szczęście w nieszczęściu, nie odcieli mi mojego żołdu, pozwoliło mi to więc na kupno małego pokoju gdzieś w San Francisco. Próbowałem rozwiązać genezę mojego problemu, jednak z dnia na dzień mój stan pogarszał się. Co do mojego małego śledztwa, nie mogłem nic ustalić. Jedyne co udało mi się ustalić to to, że pewnego dnia dowódctwo kmpletnie wymazało moją jednostkę z akt. Nie znajdziecie nic o OSS Darkeye, ani też o SS Starship.

To mnie złamało. Zwórciłem się do alkoholu, i nim się obejżałem, paranoja zaczęła mną władać. Zacząłem widzieć sylwetki nienaturalnych kształtów, wróciły również szepty, tylko tym razem nie ustawały.

Wreszcie nie wytrzamałem. Kupiłem pistolet i próbowałem się zabić, jednak coś mnie powstrzymało. Pukanie w moje okno, bo o nim mowa, było ciche, ale i tak nie umknęło mej uwadze. Podszedłem do niego, i zamiast czegokolwiek, zobaczyłem tylko swoje odbicie. Zamarłem. Moja cera zmieniała kolor na lekki fiolet, a źrenice zmieniły kolor na czerwony. Czy zmieniałem się w to, w co Dave zmienił się rok temu?

Wreszcie moi sąsiedzi zaniepokoili się moim stanem psychicznym i wezwali siły porządkowe. Wykryto u mnie schorzenie psychiczne i zostałem osadzony w zakładzie psychiatrycznym. Tutaj jest jeszcze gorzej niestety. Szepty, pukanie w okno a w dodaktu kątem oka czasami widzę jakieś sylwetki. Czy to się kiedykolwiek skończy? Co tak naprawdę stało się na tej diabelskiej wyspie? Oh, po raz kolejny słyszę pukanie w okno. Interesujące, tym razem jest jakieś takie bardziej wyraźne... może tym razem to coś przestało sobie robić żarty?

Advertisement